Zakazane lekcje (III)

30 marca 2025

Opowiadanie z serii:
Zakazane lekcje

24 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Obudziłam się z lekkim szumem w głowie – wczorajsze wino jeszcze krążyło mi w żyłach, ale promienie słońca, które wpadały przez szparę w zasłonach, rozgoniły resztki snu. Leżałam w sypialni, łóżko wciąż pachniało nami – potem, spermą, tym wszystkim, co działo się przez ostatnie dwa dni. Kuba spał obok, wtulony w poduszkę, nagi jak go zostawiłam – kołdra zsunęła mu się na biodra, odsłaniając kawałek pleców i tyłek, który w blasku poranka wyglądał jakoś niewinnie. Ale ja wiedziałam lepiej – ten chłopak, choć nieśmiały, miał w sobie coś, co budziło się pod moimi rękami, coś dzikiego, co wyciągnęłam z niego krok po kroku. Przekręciłam się na bok, czując, jak materac ugina się pod moim ciężarem, i przeciągnęłam się leniwie – moje ciało bolało po tych wszystkich akcjach, ale to był ten dobry ból, taki, który przypomina, że żyjesz.

Słońce malowało złote smugi na drewnianych ścianach domku, a za oknem słychać było cichy świergot ptaków – góry budziły się powoli, jakby chciały nas pożegnać. Spojrzałam na Kubę – ciemne włosy opadały mu na czoło, usta miał lekko rozchylone, a oddech spokojny, równy. Pomyślałam o tym, co wczoraj wyznał przy kominku – dwóch facetów, zabawki, seks w miejscach publicznych – i poczułam lekkie mrowienie w brzuchu. Cholera, ten chłopak miał fantazję, tylko jeszcze nie umiał jej w pełni puścić. Przesunęłam rękę po jego ramieniu, czując ciepło jego skóry, a potem niżej, po brzuchu, aż dotarłam do kutasa – twardy, pulsujący, poranna erekcja w pełnej krasie, choć on jeszcze spał. Uśmiechnęłam się pod nosem, zacisnęłam palce i zaczęłam go masować – powoli, leniwie, czując, jak napina się pod moim dotykiem.

Mruknął coś przez sen, przewrócił się na plecy, a ja nie przestałam – ścisnęłam mocniej, przesuwając dłoń w górę i w dół, aż jego oddech przyspieszył. Otworzył oczy, zamrugał zaspany, a ja rzuciłam żartem: „No, Kubuś, widzę, że Twój mały przyjaciel już wstał przed Tobą”. Zaśmiał się cicho, przecierając twarz – głos miał jeszcze zachrypnięty od snu, ale w oczach błysnęło coś żywego. – „Dzień dobry…” – mruknął, a ja odparłam: „Dzień dobry, śpiochu. Spałeś jak zabity, co?”. Usiadłam, puszczając go na moment, a promienie słońca padły mi na ramiona, rozgrzewając skórę przez cienką koszulkę nocną.

– „No, powiedz mi coś, młody” – zaczęłam, przeczesując włosy i patrząc na niego z uśmiechem. – „Trzy dni szaleństwa za nami. Co o tym wszystkim myślisz? Warto było?”. Rumienił się, jak zwykle, ale odpowiedział cicho: „Fajnie… jak sen, wiesz? Nie myślałem, że… no… że tak można”. Śmiech mi się wyrwał – krótki, szczery, a słońce odbijało się w jego oczach, robiąc z nich dwa jasne punkciki. – „Jak sen, powiadasz? No, to się ciesz, że Cię obudziłam” – mrugnęłam, a on się uśmiechnął, mniej nieśmiało niż pierwszego dnia.

– „To nasz ostatni dzień, Kubuś” – dodałam, poważniejąc na moment. – „Wieczorem już będziemy w domu, z powrotem w szarej rzeczywistości. I pamiętaj, co Ci mówiłam – co się działo w górach, zostaje w górach. Nikomu ani słowa, jasne? To nasz mały sekret”. Kiwnął głową, a ja klepnęłam go w ramię: „No, grzeczny chłopiec. To co, jak się czujesz po tym wszystkim?”. Zawahał się, ale w końcu wydukał: „Dobrze… tylko… chce mi się”. Spojrzałam na niego, uniosłam brew, a potem znów złapałam jego kutasa – wciąż twardy, gorący w mojej dłoni. – „Przecież widzę i czuję, głuptasie” – rzuciłam ze śmiechem, ściskając go lekko, aż sapnął.

– „Ale słuchaj, dzisiaj będzie inaczej” – powiedziałam, puszczając go i siadając prosto. – „Grzecznie zejdziesz teraz na dół i zrobisz swojej mamusi śniadanie. Ja nie ruszę palcem z własnej woli – chcesz czegoś ode mnie, masz tego zażądać. Głośno, pewnie i wulgarnie, jasne? Pomogę Ci – jak przyjdę na dół, chcę usłyszeć: ‘Cieszę się, że moja suka przyszła’. I potem masz tak do mnie mówić cały dzień – suka, kurwa, zdzira, co chcesz. To Twoja szansa, żeby przejąć kontrolę, Kubuś. Jak tego nie zrobisz, nici z zabawy – nic ode mnie nie dostaniesz. Rozumiesz?”. Patrzył na mnie, oczy szeroko otwarte, ale coś w nich błysnęło – może strach, może podniecenie. – „A teraz spadaj robić mi śniadanie” – rzuciłam, wskazując drzwi, a on wstał, wciąż nagi, z kutasem sterczącym jak maszt, i ruszył na dół, potykając się o własne nogi. Zaśmiałam się pod nosem – no, zobaczymy, ile z niego wyciągnę.

Poleżałam jeszcze chwilę, słuchając, jak na dole trzaskają garnki – promienie słońca grzały mi twarz, a ja rozciągnęłam się na łóżku, czując, jak koszulka zsuwa mi się z ramienia. Za oknem sosny kołysały się na lekkim wietrze, a powietrze pachniało żywicą i końcem lata. Wstałam, przeciągnęłam się jeszcze raz, aż kości mi strzeliły, i zeszłam boso po schodach – drewno było chłodne pod stopami, a zapach kawy już unosił się w powietrzu, mieszając się z czymś słodkim, pewnie dżemem. W kuchni Kuba krzątał się przy blacie – robił tosty, smarował je truskawkowym dżemem, a na stole stały dwie filiżanki z parującą kawą. Wyglądał komicznie – nagi, ale w końcu przewiązał sobie ręcznik w pasie, bo się zawstydził. Stanęłam w drzwiach, opierając się o framugę – moja koszulka ledwo zakrywała tyłek, a sutki prześwitywały przez cienki materiał. Czekałam, co powie.

Odwrócił się, zobaczył mnie i zamarł – ręka z nożem zawisła w powietrzu, ale w końcu wydukał, głosem drżącym, ale głośnym: „Cieszę się, że moja suka przyszła”. Uśmiechnęłam się szeroko, klaszcząc w dłonie. – „No, Kubuś, brawo! Już lepiej, młody, już lepiej!” – rzuciłam, ruszając do stołu. Usiadłam, zakładając nogę na nogę – koszulka podjechała do góry, odsłaniając udo i kawałek biodra, a ja złapałam tost, odgryzając kęs. Dżem był słodki, lepki, a ja przeciągnęłam językiem po wardze, patrząc na niego. – „No, siadaj, młody, jedz ze swoją suką” – mrugnęłam, a on zajął miejsce naprzeciwko, wciąż czerwony, ale z błyskiem w oczach.

Jadłam powoli, kokietując go – odgryzłam kolejny kęs, oblizałam palce z dżemu, przeciągając językiem po skórze, zostawiając słodki ślad. Patrzyłam mu w oczy, unosząc brew: „No, Kubuś, co jeszcze powiesz swojej suce? Śniadanie dobre, ale czegoś mi brakuje”. Wahał się, przełknął kęs tosta, a ręcznik na jego biodrach napinał się tam, gdzie nie powinien. W końcu wypalił: „Klęknij i mi obciągnij, suko”. Serce mi skoczyło – cholera, przełamał się! Zaśmiałam się ostro, wstałam i rzuciłam: „No proszę, młody, uczysz się!”. Odsunęłam krzesło z lekkim skrzypnięciem, klęknęłam pod stołem – podłoga była zimna, szorstka pod kolanami, ale nie dbałam o to – i złapałam jego kutasa, zdejmując ręcznik jednym ruchem. Był już twardy, pulsujący, z kroplą na czubku, a ja wzięłam go w usta, ssąc mocno, szybko, patrząc w górę. Sapnął, chwycił krawędź stołu, a ja przestałam na moment, unosząc brew – czekałam.

– „Ssij mi kutasa, suko, nie przestawaj!” – rzucił, głos mu się załamał, ale powiedział to. Wróciłam do roboty, ssąc go tak, że ślina spływała mi po brodzie, a on dyszał: „Ciągnij mi, kurwa, obciągaj!”. Znów przerwałam, patrząc na niego – zrozumiał, że ma być wulgarny cały czas, że to gra. – „Wstań, suko, oprzyj się o krzesło i wypnij dupsko, zdzira!” – warknął, a ja wstałam, zachwycona – cholera, naprawdę się rozkręcał. Oparłam się o krzesło, wypięłam tyłek – koszulka zsunęła mi się na plecy, odsłaniając wszystko, a cipka już mi pulsowała od jego słów. Rzuciłam: „No, młody, wal mnie, sukę, nazywaj mnie, jak chcesz!”.

Stanął za mną, zawahał się przez sekundę – widziałam, jak jego dłonie drżą, ale wszedł we mnie – powoli na start, nieśmiało, aż krzyknęłam: „Kurwa, Kuba, pierdol mnie mocniej, nazywaj mnie!”. – „Lubię Cię pierdolić, kurwo!” – rzucił, a jego biodra klasnęły o mój tyłek, zostawiając czerwony ślad. Przyspieszył, pchając mocniej, a ja wrzasnęłam: „No, powiedz, że rozjebujesz mi cipsko!”. – „Czujesz, jak rozjebuję Ci cipsko, ty szmato!” – ryknął, waląc mnie tak, że krzesło zaskrzypiało, a ja czułam go w trzewiach – głęboko, ostro, jakby chciał mnie rozerwać. Doszedł, zalewając mnie w środku – gorące, mocne, a ja drżałam, ściskając krawędź krzesła, podjarana jego głosem, jego siłą.

Dyszał za mną, ale nie poprzestał – odsunął się i rzucił: „Siadaj na krześle, suko, rozłóż nogi!”. Usiadłam, rozłożyłam uda – cipka mi pulsowała, mokra od niego i mnie, a sperma ściekała mi po wewnętrznej stronie ud. Patrzył na mnie, czerwony, ale z błyskiem w oczach. Wsunął mi palce, dwa, głęboko, wyciągnął je – mokre, lepkie od spermy i soków – i warknął: „Ssij mi palce, zdzira, liż swoją cipę i moją spermę!”. Wziąłam jego palce w usta, ssałam, patrząc mu w oczy – smak był ostry, nasz, a ja przeciągnęłam językiem po skórze, mrucząc: „Mmm, Kubuś, robisz się niezły”. Sapnął: „Kurwa, jaka Ty jesteś zboczona suka”, a ja się zaśmiałam: „No, młody, uczysz się szybko!”. Klepnęłam go w tyłek, wstając: „Dobra robota, jestem z Ciebie dumna”.

Dyszeliśmy chwilę, patrząc na siebie – stół był w nieładzie, tosty rozmazane dżemem, kawa ostygła, a filiżanki stały krzywo, jakby ktoś je przewrócił w ferworze. – „No, młody, dałeś radę” – rzuciłam, przeciągając się, aż koszulka podjechała do góry, odsłaniając brzuch. – „Chodź, idziemy pod prysznic, bo śmierdzimy jak dwa zboki”. Ruszyliśmy na górę, do małej łazienki – kabina była ciasna, ale weszliśmy razem. Woda spływała po nas, ciepła, zmywając pot i spermę, a ja myłam mu plecy gąbką, śmiejąc się: „Patrz, Kubuś, ostatni dzień, a Ty w końcu pokazałeś jaja”. Uśmiechnął się, mniej nieśmiały niż wczoraj, i rzucił: „No… fajnie było…”. – „Fajnie? Kurwa, młody, to mało powiedziane” – odparłam, szturchając go w bok. Mył mi ramiona, a ja przeczesałam mokre włosy – nie było seksu, tylko bliskość, śmiech, para unosząca się wokół nas jak mgła.

Wyszliśmy, owinęłam się ręcznikiem, a on założył bokserki – włosy miał mokre, przyklejone do czoła, a ja wytarłam twarz, czując, jak skóra mi się lepi od wilgoci. – „Dobra, pakujemy się” – rzuciłam, schodząc do sypialni. Walizka stała w kącie, otworzyłam ją i wrzuciłam ciuchy – brudne majtki z plamami, których nie chciałam oglądać, pogniecione koszulki, dżinsy pachnące lasem. Kuba zbierał swoje rzeczy z podłogi – spodnie, skarpetki, koszulkę, którą rzucił w kąt wczoraj. Łóżko zaścieliliśmy byle jak, kuchnię ogarnęliśmy w pięć minut – resztki tostów do śmieci, filiżanki do zlewu. Domek wyglądał, jakby nic się nie działo – podłoga lśniła w słońcu, zasłony były równo zasunięte, ale oboje wiedzieliśmy, co tu zostawiamy. Zamknęłam plecak, spojrzałam na niego: „Gotowy na powrót? Ale pamiętaj – ani słowa w domu, jasne? To zostaje między nami”. Kiwnął głową, zarzucając torbę na ramię: „Jasne…”. – „No, to spadamy” – rzuciłam, zamykając drzwi na klucz. Słońce stało wysoko, sosny szumiały na wietrze, a ja poczułam lekki żal, że to już koniec.

Wsiedliśmy do samochodu – silnik zamruczał, a góry zaczęły znikać za nami w lusterku. Jechaliśmy w ciszy, droga wiła się między wzgórzami, a ja bawiłam się radiem, przeskakując stacje – same szlagiery i szum. Po godzinie Kuba rzucił: „Głodny jestem…”. – „Ja też, młody” – odparłam, skręcając na boczną drogę. – „Zatrzymamy się na obiad, jest tu taka restauracja po drodze”. Po paru kilometrach dotarliśmy – drewniana chata z szyldem „U Górala”, zapach smażonego mięsa i kapusty unosił się w powietrzu, a z komina leciał szary dym. Zaparkowałam na żwirowym placu, weszliśmy do środka – w środku ciepło, stoły nakryte obrusami w czerwoną kratę, a w kącie grała cicha muzyka, jakiś stary kawałek o miłości i górach. Usiedliśmy przy oknie, za szybą widać było pola i las, a ja rzuciłam kelnerce: „Dwa razy pierogi z mięsem i po kuflu piwa, szybko!”.

Przyniosła talerze – parujące, zrumienione pierogi pachniały jak niebo, mięso w środku soczyste, a piwo było zimne, z pianką spływającą po szkle. – „No, Kubuś, smacznego” – rzuciłam, wbijając widelec w ciasto i odgryzając kęs. – „W domu nikt się nie domyśli, co tu robiliśmy, co? Powiemy, że chodziliśmy po szlakach i tyle”. Uśmiechnął się, popijając piwo: „No… i że oglądaliśmy gwiazdy”. Zaśmiałam się głośno: „Gwiazdy, powiadasz? Dobre, młody, dobre”. Spojrzał na mnie, przełknął kęs, a ja widziałam w jego oczach coś nowego – nie tylko wstyd, ale i pewność, którą w nim obudziłam.

– „Wiesz, Natalia…” – zaczął cicho, bawiąc się widelcem, a dłonie mu drżały, jakby chciał coś ważnego powiedzieć. – „To, co się działo… to było… no… zajebiste”. Uniosłam brew, uśmiechając się: „O, młody, jakie słownictwo! Ale masz rację – zajebiste to mało powiedziane”. Pochyliłam się nad stołem, ściszyłam głos: „Ale pamiętaj – w domu cicho, jasne? Nikt się nie dowie, co tu wyprawialiśmy”. Kiwnął głową, a ja dopiłam piwo, czując, jak bąbelki szczypią mi w gardło. W głowie mi zaświtało: „Cholera, jakby kiedyś wpadł na pomysł powtórki… kto wie, co by z tego wyszło”. Ale nie powiedziałam tego głośno – to była moja myśl, mój mały sekret, który zabiorę do domu razem z jego smakiem na języku.

Zjedliśmy, rzuciłam banknot na stół – kelnerka kiwnęła głową, zgarnęła resztę, a my wróciliśmy do samochodu. Ruszyliśmy w drogę – góry zniknęły za horyzontem, przed nami czekała szara codzienność, miasto, normalność. Ale w głowie miałam jego głos – „Czujesz, jak rozjebuję Ci cipsko, ty szmato!” – i uśmiechnęłam się do siebie. Spojrzałam na Kubę – siedział obok, patrząc przez okno, a ja pomyślałam: „Może kiedyś, młody… może kiedyś”. Ale na razie jechaliśmy w ciszy, zostawiając domek i te trzy dni za nami.


Minęły trzy tygodnie, odkąd wróciliśmy z gór – trzy tygodnie szarej rutyny, która przykryła tamte dni jak kurz na starych meblach. Domek w sosnach, trzask kominka, zapach wina i nasze dzikie noce z Kubą wydawały się snem, czymś, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć. W domu wszystko wróciło na swoje tory – Marek wstawał o świcie, parzył kawę w starym ekspresie, ja smażyłam jajka na patelni, a Kuba siedział przy stole z nosem w telefonie, udając, że świat poza ekranem go nie obchodzi. Ale czasem, w tych codziennych chwilach, nasze oczy się spotykały – moje i Kuby. Przechodziłam obok niego w salonie, niosąc kosz z praniem, a on podnosił wzrok znad kanapy – sekundowe zderzenie spojrzeń, kącik moich ust unosił się w lekkim, znaczącym uśmiechu, a on odwracał głowę, jakby się bał, że Marek to zauważy. Nie rumienił się już jak kiedyś – góry go zmieniły, wyciągnęłam z niego coś, co tliło się pod skórą – ale bez mojego głosu, bez moich rozkazów, nie ruszał się o krok. Strach przed ojcem – albo może przed tym, co między nami się zaczęło – trzymał go w miejscu.

Marek niczego nie widział. Dla niego życie toczyło się jak zawsze – poranna gazeta rozłożona na stole, wieczory z piwem przed telewizorem, suche „co słychać?” rzucane w moją stronę między kęsami obiadu. Nie był zimny, nie był gorący – ot, zwykły mąż, który po latach przestał zadawać pytania. Dom pachniał kawą, płynem do naczyń i jego wodą po goleniu – duszny miks codzienności, który czasem przyprawiał mnie o mdłości. A ja? Ja czasem patrzyłam na Kubę – na jego ciemne włosy opadające na czoło, na szerokie ramiona pod luźną bluzą, na ręce, które pamiętałam na swoich biodrach – i czułam ukłucie w brzuchu. Tamten trzeci dzień w górach, kiedy kazałam mu przejąć kontrolę, kiedy krzyczał „Czujesz, jak rozjebuję Ci cipsko, ty szmato!”, był jak błyskawica – ostra, jasna i nie do powtórzenia. Tutaj, w domu, milczeliśmy. On się bał, ja czekałam – na co, sama nie wiedziałam.

Dni mijały jak taśma produkcyjna – śniadania, obiady, wieczory. Raz, przy zmywaniu, stanęłam za blisko – moje ramię otarło się o jego plecy, a on zesztywniał, ale nie odsunął się. Spojrzał na mnie, a ja się uśmiechnęłam – krótko, dwuznacznie – i wróciłam do wycierania talerzy, czując, jak serce mu wali przez cienką koszulkę. Innym razem, w salonie, kiedy Marek drzemał na fotelu z otwartą puszką piwa w ręku, usiadłam na kanapie obok Kuby, założyłam nogę na nogę, a spódnica podjechała mi na uda – gładkie, opalone, wciąż pachnące kremem z wakacji. Patrzył – cholera, widziałam, jak jego oczy zjeżdżają w dół, jak palce zaciskają się na telefonie – ale nie powiedział nic, tylko przełknął ślinę i wrócił do ekranu. Serce mu waliło, czułam to w powietrzu, ale bez mojego „Dawaj, młody, powiedz to” nie ruszyłby palcem. Góry były wyjątkiem – tutaj był za bardzo wystraszony.

Pewnej nocy wszystko się zmieniło. Było późno, koło pierwszej – dom spał, cisza wypełniała korytarze, tylko wiatr szumiał za oknem, rzucając cienie gałęzi na ściany jak pajęczynę. Leżałam w łóżku obok Marka, przewracając się z boku na bok – sen nie przychodził, a w głowie kręciły mi się obrazy: Kuba nad stołem w domku, jego głos, moje ciało pod nim, pot spływający po jego torsie. Marek mruknął coś przez sen, przewrócił się na bok, a ja poczułam jego rękę na biodrze – ciężką, ciepłą, szorstką od pracy. – „Nie śpisz?” – zapytał, głos zachrypnięty od snu i piwa, które wypił przy kolacji. – „No, coś mi się nie chce” – rzuciłam, przeciągając się tak, że koszulka nocna podjechała mi na brzuch, odsłaniając pasek skóry nad majtkami. Uśmiechnął się w półmroku, przysunął bliżej – czułam jego oddech na szyi, zapach chmielu i potu. – „To może Cię zmęczę” – mruknął, a ja zaśmiałam się cicho: „No dawaj, zobaczymy, co potrafisz”.

Zaczął mnie całować – szorstko, bez ceregieli, jego usta wędrowały po mojej szyi, zostawiając wilgotne ślady, a ręce zsunęły mi koszulkę na ramiona. Materiał zszedł z trzaskiem, odsłaniając piersi – ciężkie, pełne, z sutkami sterczącymi w chłodzie nocy, ciemnoróżowymi na bladej skórze. Złapał je, ścisnął mocno, palce wbiły mi się w ciało, a ja syknęłam: „Kurwa, Marek, mocniej!”. Nie musiałam prosić dwa razy – rzucił się na mnie jak głodny, jego kutas już stał pod bokserkami, napierając na moje udo – gruby, twardy, pulsujący pod cienkim materiałem. Ściągnęłam mu je jednym ruchem, a on pchnął mnie na plecy – łóżko zaskrzypiało głośno, zagłówek walnął o ścianę z hukiem, który poniósł się po domu. I wtedy to się zaczęło – z korytarza dobiegł dźwięk, który przykuł jego uwagę. Nie szelest, nie krok, ale mój krzyk – ostry, wysoki, kiedy Marek ścisnął mi cycki: „O tak, dawaj!”. Kuba musiał to usłyszeć – jego pokój był dwa metry dalej, drzwi zawsze uchylone, a ten huk i mój głos były jak magnes. Usłyszałam cichy trzask – jego drzwi się uchyliły, a potem kroki, lekkie, ostrożne. Spojrzałam w szparę naszych drzwi – cień, jego sylwetka, oczy błyszczące w mroku. Cholera, podglądał. Zamiast się spiąć, poczułam dreszcz – „Dobra, młody, patrz” – pomyślałam, i zamiast zamknąć drzwi, postanowiłam mu zafundować porno na żywo.

Marek złapał mnie za kostki – jego dłonie, szorstkie jak papier ścierny, zacisnęły się na mojej skórze, uniósł mi nogi w górę, aż stopy zawisły w powietrzu, a kolana zadrżały z wysiłku. Rozchylił mi uda szeroko, jak drzwi na oścież – moje łydki napięły się, mięśnie brzucha zafalowały, a cipka była na widoku – mokra, różowa, lśniąca w świetle księżyca wpadającym przez okno, z ciemnymi włosami wokół, które kleiły się od wilgoci. – „Kurwa, Natalia, ale Ty jesteś gotowa” – sapnął Marek, a jego kutas – długi, gruby, z żyłami nabrzmiałymi pod skórą – stał jak skała. Wsunął się we mnie jednym pchnięciem, rozciągając mnie tak, że aż krzyknęłam: „O tak, wal mnie, Marek!”. Trzymał mnie za kostki, ręce mu się trzęsły od napięcia, a ja czułam każdy jego ruch – wchodził rytmicznie, wychodząc prawie cały, aż czułam pustkę, a potem wbijał się całą siłą, jego jaja klaskały o mój tyłek, a łóżko trzeszczało jak stare deski. Moje cycki – ciężkie, obłe, z sutkami jak kamyki – podskakiwały przy każdym pchnięciu, obijając się o siebie, a brzuch falował, pot spływał mi między żebra. Patrzyłam w sufit, ale kątem oka widziałam Kubę – stał w szparze drzwi, ręka w spodniach poruszała się w tym samym rytmie co Marek. – „Kurwa, Natalia, jaka Ty ciasna” – warknął Marek, puszczając moje kostki i łapiąc mnie za uda – jego palce wbiły się w moje mięśnie, zostawiając czerwone ślady, a ja rozłożyłam nogi jeszcze szerzej, czując, jak mnie rozpycha. – „Rżnij mnie, dawaj, głębiej!” – krzyknęłam, a on przyspieszył – pot kapał mu z czoła na moje cycki, a ja grałam dla Kuby, wijąc się jak w filmie.

Po paru minutach zwolnił, dysząc jak pies – wyciągnął się ze mnie, jego kutas lśnił od moich soków, a ja sapnęłam: „Co, już się męczysz?”. – „Czekaj, suko” – rzucił, klepiąc mnie w tyłek – jego dłoń zostawiła palący ślad na mojej skórze. Obrócił mnie na brzuch jednym ruchem – ręce mi się zaplątały w pościel, kolana ugięły, a twarz wcisnęłam w poduszkę, czując, jak włosy kleją mi się do policzków.

Uniosłam tyłek, klęcząc na czworakach – plecy mi się wygięły w łuk, kręgosłup napiął się jak struna, a cycki zwisały ciężko, sutki ocierały się o szorstkie prześcieradło. Marek złapał mnie za włosy – długie, ciemne pasma owinęły mu się wokół palców – i szarpnął mocno, aż syknęłam: „Kurwa, tak!”. – „Lubisz ostro, co?” – warknął, wchodząc we mnie od tyłu – jego kutas wbił się głęboko, gruby i twardy, a ja poczułam go w trzewiach, jakby chciał mnie rozerwać. Zaczął mnie pieprzyć rytmicznie – wychodził prawie cały, czubek muskał mi wargi sromowe, a potem wbijał się z całej siły, jego biodra klaskały o mój tyłek, zostawiając czerwone plamy. Klaps – jego dłoń huknęła o moje udo, potem drugi na pośladek, skóra zapiekła, a ja krzyczałam: „Bij mnie, Marek, dawaj!”. Szarpał moje włosy jak lejce, głowa mi odskakiwała do tyłu, kark bolał, ale podniecenie zalewało mi brzuch. – „Jaka Ty jesteś zajebista, Natalia!” – ryczał, a ja czułam, jak pot spływa mi po plecach, jak tyłek mi faluje przy każdym pchnięciu. Kuba patrzył – widział moje cycki obijające się o łóżko, czerwone ślady na skórze, każdy klaps – jego ręka szła szybciej, a ja grałam dla niego, krzycząc głośniej: „Rżnij mnie, Marek, rozwal mi cipę!”. Marek zwolnił, dysząc: „Cholera, zaraz dojdę” – i wyciągnął się, popychając mnie na bok, a jego kutas lśnił, ociekając moimi sokami.

Przewróciłam się na plecy, ale zaraz usiadłam na nim – złapałam jego kutasa – długiego, nabrzmiałego, z żyłami pulsującymi pod skórą – i wsunęłam go w siebie, siadając okrakiem. Moje uda – pełne, napięte – zacisnęły się na jego biodrach, a cipka objęła go ciasno, mokra i gorąca. – „Teraz ja Cię zerżnę” – rzuciłam, a on zaśmiał się: „Dawaj, suko, pokaż!”. Zaczęłam skakać – biodra mi falowały, tyłek podskakiwał, a cycki – ciężkie, obłe, z sutkami jak koraliki – tańczyły w rytmie moich ruchów. Marek złapał je, ścisnął mocno – palce wbiły mu się w miękką skórę, a ja krzyknęłam: „Kurwa, Marek, baw się nimi!”. – „Cholera, jakie one zajebiste” – sapnął, ugniatając je jak ciasto, kciukami drażniąc sutki, aż stwardniały jeszcze bardziej. Nachyliłam się do niego – włosy opadły mi na twarz, cycki zwisały nad jego ustami – i mruknęłam: „Ssij je, no już”. Wziął jeden sutek w usta, ssał mocno, podgryzał zębami – ból mieszał się z falą gorąca, a ja jęknęłam: „O tak, Marek, gryź mnie!”. W drugiej ręce ściskał mi drugi cycek, a ja skakałam wolniej, czując, jak jego kutas wbija się w moją cipę – wychodził prawie cały, a potem wchodził głęboko, rozpychając mnie od środka. Nagle złapał mnie za biodra – jego palce wbiły się w moje ciało – i przejął kontrolę, wbijając się we mnie od dołu z całej siły. – „Kurwa, Natalia, jeb mnie!” – ryczał, a jego biodra unosiły się w ostrym rytmie, kutas wchodził i wychodził, trzaskając o moje wnętrze, aż krzyknęłam: „O tak, rozwal mnie!”. Pot spływał mi między cyckami, włosy kleiły się do szyi, a Kuba patrzył – widział, jak Marek ssie mi sutki, jak moje ciało faluje. Marek sapnął: „Kurwa, zwolnij, bo strzelę” – a ja zaśmiałam się, przewracając nas na bok.

Leżyliśmy teraz na boku – ja przed nim, plecy przyciśnięte do jego torsu, moje uda – gładkie, mokre od potu – dotykały jego nóg, a tyłek wciskał się w jego biodra. Wsunął się we mnie od tyłu, obejmując mnie ramieniem – jego kutas, gorący i śliski, wszedł powoli, a ja mruknęłam: „O, tak mi dobrze”. – „Czekaj, jeszcze Cię rozwalę” – warknął, i zaczął pchać – na start leniwie, ale zaraz przyspieszył, jego biodra uderzały o mój tyłek, a ja ściskałam prześcieradło, wijąc się w jego uścisku. Ręką złapał mi cycek – palce zacisnęły się na skórze, sutek stwardniał pod jego kciukiem – i ścisnął mocno, a ja jęknęłam: „Kurwa, Marek, rżnij mnie tak!”. Wychodził prawie cały – czułam, jak czubek muska mi wargi, a potem wbijał się z całej siły, głęboko, aż do trzewi, jego jaja ocierały się o moje uda. Pot ściekał nam po skórze – po moich plecach, po jego brzuchu – łóżko trzęsło się, rama skrzypiała, a on dyszał mi w kark: „Jesteś moja, Natalia, czujesz to?”. – „Tak, wal mnie, dawaj!” – krzyczałam, czując, jak fala rośnie mi w brzuchu, jak cipka mi pulsuje wokół niego. Kuba stał w drzwiach – ręka mu latała w spodniach, oczy błyszczały, a ja grałam dla niego, wyginając się, żeby widział moje cycki, mój tyłek, każdy ruch Marka. Marek przyspieszył jeszcze bardziej, aż sapnął: „Kurwa, wstawaj, chcę Cię inaczej” – i pociągnął mnie za ramię, stawiając na nogi.

Wstałam, nogi mi drżały jak galareta – oparłam się o ramę łóżka, zimne drewno wbiło mi się w dłonie, a tyłek wypięłam w jego stronę, moje uda lśniły od potu i soków. – „No, Marek, dawaj mi to!” – rzuciłam, a on stanął za mną, złapał mnie za biodra – jego palce wcisnęły się w moje ciało, zostawiając białe ślady – i wszedł, ostro, głęboko, aż krzyknęłam: „O kurwa, tak!”. Pieprzył mnie jak szalony – wychodził prawie cały, czubek muskał mi wejście, a potem wbijał się z całej siły, jego biodra klaskały o mój tyłek, skóra piekła od tarcia, a ja odpychałam się od ramy, czując, jak mnie rozrywa. Moje cycki podskakiwały, sutki ocierały się o powietrze, brzuch falował, a pot spływał mi po plecach, kapiąc na podłogę. – „Jebana suka, jak Ty mnie jarasz!” – ryczał Marek, a ja odwrzasnęłam: „Rżnij mnie, Marek, rozwal mi cipę!”. Czułam, jak jego kutas pulsuje we mnie, jak moje uda drżą, jak cipka ściska go przy każdym pchnięciu. Kuba patrzył – widział mój tyłek falujący w rytmie, cycki podskakujące, każdy ruch Marka – jego ręka szła jak w transie. Marek sapnął: „Kurwa, dochodzę!” – i wyciągnął się, obracając mnie twarzą do siebie. – „Zalej mi cyce, Marek, chcę tego!” – krzyknęłam, padając na kolana – moje uda lśniły, cycki uniosły się ciężko – a on strzelił – gorące, lepkie strumienie zalały mi piersi, spływały po skórze, między sutki, na brzuch, a ja wyłam: „Tak, kurwa, dawaj mi to!”. Dyszał, trząsł się, a ja rozsmarowałam jego spermę po cyckach – mokre, lśniące, ociekające – patrząc w stronę drzwi. Kuba zamarł – ręka mu się zatrzymała, oczy szeroko otwarte – a potem uciekł, cień zniknął, drzwi trzasnęły cicho w korytarzu.

Marek opadł na łóżko, dysząc: „Cholera, Natalia, Ty to umiesz człowieka wykończyć”. – „Ty też nieźle dajesz” – rzuciłam, wstając i przecierając się koszulką – sperma kleiła mi się do skóry, pachniała ostro, jak on. Kuba przepadł – show się skończyło, a ja uśmiechnęłam się w duchu.

Minęło kilka dni – Marek był w pracy, a ja krzątałam się po kuchni, smażąc naleśniki na starej patelni. Kuba wszedł, w luźnej bluzie i dżinsach, sięgając po sok z lodówki – jego ruchy były sztywne, jakby się bał spojrzeć mi w oczy. Stanęłam przy blacie, obróciłam się do niego – włosy związałam w kucyk, a fartuch ledwo zakrywał mi cycki, te same, które widział zalane spermą Marka. – „No, młody, jak Ci się podobało przedstawienie tamtej nocy?” – rzuciłam z uśmiechem, patrząc mu prosto w oczy. Zamarł – sok wylał mu się na rękę, twarz zrobiła się czerwona jak pomidor, usta otworzyły się, ale nie wydobył się żaden dźwięk. Zaśmiałam się głośno: „Co, Kubuś, język połknąłeś? Mam nadzieję, że Ci się podobało” – dodałam, podchodząc bliżej. Pochyliłam się, cmoknęłam go w policzek – krótko, niewinnie, zostawiając lekki ślad szminki – a potem złapałam go za krocze, czując, jak jego kutas się podnosi pod moją dłonią, twardnieje pod dżinsami. Zachichotałam: „Oho, widzę, że mały się obudził”. Puściłam go, wróciłam do naleśników, przewracając jeden na patelni, a on stał jak wryty, nie wiedząc, co zrobić.

Tego samego dnia wieczorem siedzieliśmy przy stole – Marek, Kuba i ja. Na talerzach leżały kotlety panierowane, ziemniaki z masłem, surówka z marchewki – zwykły domowy obiad, pachnący smażonym olejem i koperkiem. Marek odchrząknął, odkładając widelec na serwetkę: „Słuchajcie, w weekend muszę wyjechać służbowo – jakaś konferencja w innym mieście, wrócę w poniedziałek”. Spojrzałam na Kubę – siedział naprzeciwko, wbijając wzrok w talerz, ale podniosłam kącik ust w tajemniczym uśmiechu. Nasze oczy się spotkały – krótko, na sekundę – a jego widelec drgnął w dłoni. Czuł ciarki – widziałam, jak przechodzą mu po ramionach, po karku, aż włosy mu się zjeżyły. – „No, to sobie poradzicie beze mnie” – rzucił Marek, sięgając po piwo i pociągając łyk, a ja kiwnęłam głową: „Jasne, damy radę”. Kuba milczał, przełknął kęs ziemniaka, a ja wróciłam do jedzenia, czując lekkie mrowienie w brzuchu. Weekend się zbliżał, ale co będzie – to już inna historia.


 

3,135
9.07/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.07/10 (20 głosy oddane)

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.