Ilustracja: Scott Webb (pexels)

Universitas Amoris (II)

19 marca 2025

Opowiadanie z serii:
Universitas Amoris

35 min

Minęło już sporo czasu, odkąd opublikowałem pierwszą część opowiadania. Poprzednia była zbyt krótka, aby oddać pełnię klimatu, dlatego w części drugiej skupiłem się przede wszystkim na treści, rezygnując z ograniczeń czasowych. Mam nadzieję, że część z Was odczuje atmosferę miejsca, w którym rozgrywa się fabuła. Ten szalony mariaż faktów historycznych i mitologicznych, połączonych z erotycznym wątkiem wydawał mi się równie pokręcony, co przytłaczający od strony twórczej. Liczę jednak, że wielu z Was poczuje prawdziwy klimat Universitas Amoris.

Miłej lektury!

Przygarbiona kobieta stanęła pod wielkim drzewem, dotykając pomarszczoną dłonią grubego konaru. Niebo pociemniało, ptaki ucichły, a silny dotąd wiatr przestał smagać jej twarz, jakby w oczekiwaniu na to, co się stanie. Wielobarwne motyle, latające wcześniej bez wyraźnego planu, teraz zataczały koła wokół drzewa i staruszki niczym kolorowe tornado. Z ust kobiety wydobyły się chrapliwe słowa:

 

Przybędzie w czerwieni ten, który wszystko zmieni,

Pogromca złośliwości i zdradzieckich cieni.

Pierwej go usłyszą, później zobaczą,

Historia koło zatoczy, a wrony zakraczą.

Złoto brak wartości pokaże,

Wiedza brak doświadczenia zmaże.

Uczucia na nowo szkołę rozpalą,

Złe duchy od dobrych się niechętnie oddalą.

Zagadka zniszczenie i chaos wprowadzi,

Tradycja kolejny raz pomoże – nie zawadzi.

Słodycz miodu, grzmot Peruna,

Niechaj świeci jasna Luna.

Czas na zmiany, czas na nowe,

Czas na nowo wybrać stronę!

 

Śmiech Babuszki rozniósł się echem po całej okolicy uniwersytetu. Świergot ptaków wypełnił park, motyle odleciały do swoich spraw, a wiatr przeczesał bujne źdźbła trawy, czując na nowo wolność i swobodę.

 


Universitas Amoris

Kadra akademicka

 

– Mocniej, Igor, mocniej! – Amelia wykrzyczała niemal łamiącym się głosem.

– Robię, co mogę, kochana… jestem już blisko – odparł Igor, sapiąc przy tym, jak stara lokomotywa.

– Tak! Tak, już prawie! Jeszcze tylko odrobinę…

– Taaak!

– Wiedziałam, że jak zawsze staniesz na wysokości zadania – powiedziała Amelia, uśmiechnięta od ucha do ucha. 

Igor opadł na trawę w strugach potu, a wielki baner powitalny zawisł dumnie pomiędzy filarami zabytkowej bramy.

– Nie rozumiem, dlaczego kolejny rok to ja się muszę męczyć z tym ciężkim ustrojstwem – powiedział Igor, wciąż leżąc na trawie.

– Nie przesadzaj. Nie było tak źle, po prostu wiek zaczyna ci doskwierać – zachichotała Amelia.

– Gdzie w ogóle jest dozorca? Znowu podjada żarcie powitalne?

– Nie czepiaj się Stasia. Co jak co, ale on już ma lata świetności za sobą. Chcesz, żeby nam zszedł na zawał?

– Zaraz ja zejdę, jak tak dalej pójdzie. Musimy rekrutować więcej asystentów pomocniczych w tym roku. 

– To może w końcu przedyskutuj ze mną otrzymane kandydatury i podejmijmy jakąś decyzję? Przyznaj się. Boisz się, że przyjdzie młoda krew i już nie będziesz Igorem, bożyszczem studentek…

– Ej, to nie było miłe!

– I takie właśnie miało być. O której będą pozostali profesorowie?

– Mieli być w południe. 

– Jak zwykle – pierwsi do koryta, ostatni do pomocy.

– Zawsze mieli problem z naszą pozycją w hierarchii. No i co by nie mówić, prowadzimy najciekawsze zajęcia… 

– A gdzie Jadwiga? – zapytała Amelia w zamyśleniu.

– Kto?

– No, Babuszka!

– Wybacz, już prawie zapomniałem, że w ogóle ma jakieś imię – zaśmiał się głośno Igor. – Kręciła się niedawno po części parkowej, a co?

– Muszę się upewnić, że ma wszystko przygotowane na dzisiejszą noc.

– Pewnie nie możesz się doczekać?

– A ty nie?! To rytuał, który po raz kolejny zapoczątkuje nowe historie. Idzie nowe!

– Idzie nowe – potwierdził Igor, po czym udał się razem z Amelią do wnętrza uniwersytetu.

 


„Ale dzięki wszystkim moim błędom i przeżyciom stałam się tym, kim jestem teraz. Gdyby nie głupota i szaleństwo wieku młodości, to co by dzisiaj ze mnie zostało?”

Lynda Waterhouse, Bratnie Dusze

 


Aleksander Walewski

Spełnione marzenie

 

Mam wrażenie, że w moim życiu brakuje odrobiny głupoty i szaleństwa. Staram się być dojrzały i poukładany, wzorując się na moich rodzicach.
Chcę być dorosły.

A w zasadzie chciałem być, bo teraz mam co do tego wątpliwości. Kiedy będę miał czas na szaleństwa, jeśli nie teraz? Kiedy będę miał czas na popełnianie błędów? Co mi po pseudoidealnym życiu?

Znowu ogarnia mnie ta frustracja i poczucie buntu.

Jeśli po przyjeździe na ten dziwaczny uniwersytet nic się nie zmieni, pakuję manatki i jadę gdzieś w świat. Muszę poznać ludzi. Muszę poznać złą stronę życia. Muszę przeżyć przygodę, puścić się z jakąś łatwą dziewczyną i zalać w trupa w obskurnym barze. Chcę błądzić po mieście nocą, leczyć kaca przez dwa dni, mieć moralniaka przez kolejne dwa i szukać tego, co da mi szczęście.

Zadowolony ze swojej śmiałej decyzji zszedłem na dół, gdzie czekał na mnie ojciec.

– Alek! Dobrze, że cię widzę. Musimy pojechać w jedno miejsce.

– Dokąd? Coś się stało? – odparłem, lekko zaniepokojony.

– Bez obaw, nie pożałujesz. Jutro twój ważny dzień. Z tej okazji chcę ci coś dać – powiedział ojciec, po raz kolejny enigmatycznie, ale z szelmowskim uśmiechem.

Nie mając i tak nic lepszego do roboty, szybko się przebrałem i zszedłem do auta, w którym czekał już na mnie ojciec. Podróż minęła bardzo przyjemnie – tata wspominał nasze rodzinne wyjazdy i opowiadał historie z dawnych lat. 

Czułem, że wraca do tych wspomnień nie bez powodu. Miałem wrażenie, jakby jakiś etap mojego życia właśnie się kończył. Kochałem swoich rodziców. Nawet jeśli wewnątrz czułem niepokój i bunt, wiedziałem, że zawsze mogę na nich liczyć.
Nie wszyscy mieli ten przywilej.

Jak się okazało, celem podróży była stara posiadłość moich dziadków. Podwórko, mimo zaniedbania, przywoływało w mojej głowie magię wspomnień. Spędziłem tu tak wiele czasu. Dziadek zabierał mnie na ryby, a babcia zawsze częstowała pierogami lub domowym ciastem. Wspominam ich czasem, mając wyrzuty sumienia, że podczas ostatnich lat nauki nie widywałem ich tak często, jak na to zasługiwali. 

Teraz pozostały tylko wspomnienia.

– Tak jak mówiłem, jutro twój ważny dzień. Z tej okazji chciałbym dać ci coś, co było dla mnie ważne. Coś, z czym wkroczyłem w prawdziwy etap dorosłości – tata uśmiechnął się serdecznie.

– Co masz na myśli?

– Chodź do stodoły, sam się przekonasz – powiedział to tak, jakby czekał na tę chwilę od dawna.

Po otwarciu dużych, starych drzwi stodoły uderzyła mnie w nos mieszanka zapachów drewna i stęchlizny. Powód ojcowskiej radości znajdował się pod czarną plandeką, skrywającą obiekt słusznych rozmiarów. Pociągnąłem za jej kraniec, aby chwilę później stanąć jak wryty, z idiotyczną miną.

Powodem mojego zaskoczenia był krwiście czerwony Chevrolet Corvette C4. W starej stodole wyglądał niczym rubin. Rubin, który przez lata wisiał w formie plakatu nad moim łóżkiem. Symbol amerykańskiej wolności – tak bardzo idealizowanej w dzieciństwie, że aż nierealnej.

Moje dziecięce marzenie.

– Ssskąd ją masz? – wydukałem z zachwytem.

– Wiedziałem, że ci się spodoba! – ojciec wręcz kipiał, widząc moje zaskoczenie i głupią minę. – Ta Corvetta była moim pierwszym autem. Dostałem ją podczas pobytu na uniwersytecie. No, może nie do końca dostałem…

– Co masz na myśli? – zapytałem podejrzliwie

– Ekhm… mogę jedynie powiedzieć, że była moim dowodem osiągniętej dorosłości. Zdobyłem ją uczciwie. To auto uratowało mi tyłek wiele razy, choć muszę przyznać, że kierowca był ze mnie wtedy marny…

– I ukrywałeś to przez tyle lat?! Przecież wiesz, że to było moje marzenie!

– Wiem. I właśnie dlatego to ukrywałem – powiedział ojciec stanowczo. – Synu, dobrze jest marzyć. Dobrze jest mieć cele, które napędzają człowieka. Marzenie dziecka potrafi przekuć jego całe dorosłe życie w coś wartościowego. A podanie wszystkiego na tacy potrafi to życie doszczętnie zniszczyć. Daję ci moje auto nie bez powodu – zasłużyłeś na nie. Przez ostatnie lata robiłeś więcej niż twoi rówieśnicy, kosztem samego siebie, kontaktów, zabawy, szaleństwa. To mała zachęta i dowód na to, że poświęcenie popłaca.

Jestem z ciebie dumny.

Patrzyłem na ojca wzruszony. Ostatnio sądziłem, że nie jestem wystarczająco dobry, a jednak prawda okazała się zupełnie inna. 

Tata podał mi bez słowa kluczyki i obaj wsiedliśmy do czerwonego Chevroleta z bananowymi skórami. Wewnątrz unosił się specyficzny zapach minionych lat. Wsunąłem kluczyk w archaiczną stacyjkę, przekręciłem go, a do moich uszu dobiegł mocarny dźwięk potężnego silnika.

– Tylko pamiętaj, Alek – powiedział tata poważnym tonem – to auto nie wybacza błędów. Bądź rozsądny, a odpłaci ci się pięknymi wspomnieniami. Zgoda?

– Zgoda – odpowiedziałem bez większego namysłu, po czym subtelnie nacisnąłem gaz.

Tej nocy jeździliśmy bez celu, bez słów, bez tajemnic. Nieznana trasa, uśmiech na twarzy i wiatr we włosach. Dopiero jadąc tym autem, zrozumiałem, jak bardzo brakowało mi spontaniczności. Sytuacji bez planowania, bez presji, bez większego sensu. 

Po kilku godzinach jazdy zdążyłem pobieżnie poznać potężny moment obrotowy i nieprzewidywalność auta. Czułem podniecenie, gdy subtelnie przekraczałem kolejne, drobne granice przyczepności. Z pokorą słuchałem rad ojca, chcącego mnie przygotować na pierwsze samodzielne podróże w moim życiu.

Wróciliśmy do domu późną nocą, szykując się do kąpieli, a potem do łóżek. Tym razem bez zbędnych myśli. No, może poza czerwoną Corvettą, która od dzisiaj jest moja.

Moja własna.

Wymarzona.


„Nie przeciągaj pożegnania, bo to męczące. Zdecydowałeś się odejść, to idź”.

Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę

 


Aleksander Walewski

Pożegnanie dzieciństwa

 

Nadszedł dzień mojego wyjazdu. 

Nie chciałem przeciągać pożegnania. Odkąd wszyscy wstali, w domu było jakoś inaczej. Miło, ciepło, ale inaczej. W oczach moich rodziców widziałem niewyjaśniony niepokój. Tak jakbyśmy żegnali się na znacznie dłużej. 

Zjedliśmy wspólne śniadanie, tata z mamą ciągle żartowali, a wszystko wydawało się idealne aż nad wyraz, jakby chcieli mnie tym uspokoić.

Efekt niestety był odwrotny.

Po śniadaniu mama puściła do mnie oko, wyraźnie chcąc porozmawiać na osobności. Zaproponowałem wspólny spacer, odkładany od dawna przez codzienne obowiązki.

– Dziękuję ci za ten spacer, synku – powiedziała mama, przytulając mnie do piersi, jakbym był małym, pięcioletnim Alusiem.

– Daj spokój, też mi tego brakowało – odparłem ciepło.

– Mam nadzieję, że nie masz nam za złe, że niechętnie odpowiadaliśmy ci na pytania o uniwersytet. To trochę taka tradycja. Zrozumiesz, jak już tam będziesz.

– Na początku miałem wam za złe, ale też zrozumiałem, że ta niepewność i tajemniczość to część dziwnej inicjacji. Skoro na tym to polega…

– Alek, pamiętaj. Jeśli będzie źle, jeśli uznasz, że to miejsce nie jest dla ciebie, jeśli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić – po prostu wróć. Nie będziemy mieli ci tego za złe.

– Może mnie tam spotkać coś złego? – zapytałem, znów zdziwiony, jak zawsze przy rozmowach o tym tajemniczym miejscu.

– Nie do końca. Choć po części o to chodzi. Dużo będzie zależało od ciebie, ale wiem, że jesteś ambitny, dużo bardziej od swoich rówieśników. Wiem, że zawsze dążysz do wygranej. Proszę cię o jedno – nie próbuj niczego udowodnić sobie ani nam na siłę. Podejmuj decyzje w zgodzie ze sobą. Możesz mi to obiecać?

– Dobrze, mamo, obiecuję.

Mama złapała mnie za rękę. Pod domem czekał już tata, właśnie pakując mój bagaż do auta. Widząc czerwonego Chevroleta, z jednej strony czułem radość, z drugiej – widok ojca i matki ściskał mnie w gardle. Byłem z nimi strasznie zżyty. Przez te wszystkie lata nauki i osiągnięć najwięcej czasu spędzałem z rodziną, nie z kolegami z osiedla czy szkoły. Ta dziwna chęć bycia dorosłym paradoksalnie pchała mnie do własnych rodziców, bo byli dla mnie prawdziwymi mentorami.

Teraz kiedy mieliśmy rozstać się na dłuższy czas, zrozumiałem to o wiele bardziej.

– Alek, pamiętaj, że czasem może zablokować się wsteczny – przypomniał mi tata. – Sprawdzaj też ilość benzyny w baku. Nie masz jeszcze pewnych nawyków, a Corvetta lubi być karmiona dużo częściej niż przeciętne auta.

– Dzięki, tato, będę pamiętał.

Najpierw uścisnęliśmy sobie ręce, potem ojciec przyciągnął mnie do siebie i mocno objął. Po chwili dołączyła do nas mama.

– Pamiętaj, o czym ci mówiłam, Alek. Będziemy tęsknić!

– Też będę za wami tęsknił.

 

Aleksander wsiadł do auta i spokojnie odjechał. Rodzice patrzyli długo na znikający punkt. 

Przez chwilę śledzili go wzrokiem, potem już tylko słyszeli odgłos silnika.
 


Aleksander Walewski

Nowe nadeszło
 

Moja podróż do Universitas Amoris trwała około trzech godzin. Nie czułem zmęczenia, ale z każdym kilometrem, który zbliżał mnie do rozwiązania zagadki tego miejsca, narastało we mnie napięcie – mieszanka niepokoju i ekscytacji.

Gdy nawigacja wskazała, że od celu dzieli mnie zaledwie minuta, moim oczom ukazała się potężna, stalowa brama. Nie było przy niej żadnej budki z ochroną ani domofonu, ale gdy tylko podjechałem bliżej, otworzyła się szeroko, niemal w geście powitalnym.

Za bramą nie widać było żadnego budynku. Szutrowa droga prowadziła mnie przez nieco zaniedbany, gęsty park, pełen rozmaitych roślin i drzew. Wciąż nie miałem pewności, czy jadę we właściwym kierunku, aż wreszcie dostrzegłem kolejną bramę. Nad nią widniał ogromny baner z nazwą uczelni i rokiem jej założenia. 

To było właściwe miejsce.

Przez chwilę zapatrzyłem się na wyłaniający się zza bramy budynek. W tym samym momencie moja stopa nieco zbyt mocno nacisnęła pedał gazu, przez co wjechałem na główny dziedziniec w tumanach kurzu i akompaniamencie gardłowego ryku silnika V8.

Na moje nieszczęście, przed wejściem stała już spora grupa ludzi. Wszyscy zwrócili głowy w moją stronę, a w ich spojrzeniach mieszało się zaskoczenie, zainteresowanie i… niesmak.

Przeklinając w myślach swoją głupotę, zaparkowałem auto jak najdelikatniej i jak najdalej od zgromadzonych osób. To jednak niewiele pomogło, bo w moją stronę od razu ruszył wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o eleganckiej aparycji.

– Proszę, proszę! Oczom nie wierzę! Redvette! – zawołał z entuzjazmem, gdy tylko otworzyłem drzwi.

– Red co? – zmarszczyłem brwi, zdezorientowany.

– Panie Walewski, czyżby ojciec nie opowiadał panu historii tego auta?

– Nie był zbyt rozmowny – odparłem zmieszany.

– Ekhm… no tak, to zrozumiałe. Chodź, już prawie wszyscy przyjechali. Nazywam się Igor i będę jednym z twoich nauczycieli.

– Bardzo mi miło – odpowiedziałem zdawkowo, próbując ukryć niepewność.

Na szczęście zebrani przed wejściem szybko stracili mną zainteresowanie. Udając, że nie dostrzegam kilku natrętnych spojrzeń, stanąłem nieco z boku i wsłuchałem się w przemówienie równie eleganckiej kobiety, co przed chwilą poznany Igor.

– Witajcie w progach Universitas Amoris! – zaczęła, rozciągając usta w uśmiechu. – Mam na imię Amelia i razem z Igorem pełnimy zaszczytną funkcję profesorów, którzy będą was uczyć. Nasze nazwiska poznacie już niebawem. Jeszcze dziś przekonacie się, że w tym miejscu to właśnie nazwiska określają człowieka najtrafniej.

Zrobiła efektowną pauzę, przyglądając się nam uważnie.

– Dziś opowiemy wam krótko o historii tego miejsca i wprowadzimy was w jego zasady. A teraz… czas na małą wycieczkę. Za mną!

Grupa – dziesięć dziewczyn i dziesięciu chłopaków – podążyła posłusznie za profesorami, jak stado gęsi. Najpierw zwiedziliśmy wnętrza kompleksu.

Uniwersytet urządzony był w dworkowym, starodawnym stylu. W jego murach kryły się zarówno dormitoria dla uczniów – pełne eleganckich pokoi z wielkimi łóżkami – jak i pomieszczenia naukowe, przypominające aule z normalnych szkół. Były też sale, które nijak nie pasowały do akademickiego charakteru miejsca.

Szczególnie przykuły moją uwagę dwie: sala biała i sala czerwona.

W pierwszej stał ogromny, okrągły stół otoczony drewnianymi krzesłami, przypominającymi miniaturowe królewskie trony. 

Druga była jeszcze dziwniejsza – znajdowało się tam dwadzieścia łóżek z baldachimami, ustawionych naprzeciw siebie, a w centralnej części pomieszczenia wznosił się niewielki podest.

Największe wrażenie zrobił na mnie teren zewnętrzny.

Powiedzieć, że był malowniczy, to jak nie powiedzieć nic.

Rozległa przestrzeń leśno-parkowa pełna była ukrytych zakątków – porośniętych mchem kamiennych jaskiń, ławek skrytych w cieniu drzew, labiryntów z krzewów i wielkich polan usianych kwiatami.

Urzeczony tym widokiem, poczułem, jak napięcie powoli mnie opuszcza. Widoki oraz atmosfera całej posiadłości miały w sobie dziwny, kojący urok.

Wszyscy wokół poza profesorami zachowywali się nadzwyczaj cicho. Można było łatwo wywnioskować, że nikt w tym towarzystwie się nie znał, a każdy z nas był równie zaskoczony, jak i zbyt zaintrygowany, żeby wychodzić przed szereg wesołymi rozmowami.

Podczas spaceru dowiedzieliśmy się, że działalność uniwersytetu sięga XIV wieku, a przez stulecia jego istnienie zapewniały stare rody szlacheckie. Głównym, statutowym celem tej placówki było podtrzymywanie dawnych tradycji oraz wprowadzanie młodych kobiet i mężczyzn w świat dorosłości – co samo w sobie w dalszym ciągu niczego nie wyjaśniało.

Mimo to z każdą chwilą to miejsce stawało się coraz bardziej intrygujące. 

Cała wędrówka trwała na tyle długo, że dzień powoli chylił się ku końcowi. Kiedy pomarańczowe, bajkowe światło powoli zaczęło zalewać błonia, profesorowie skierowali nas do kolejnego, ukrytego zakątka terenu.

Za murem stworzonym z równo przyciętych krzewów znajdowała się wielka polana, otoczona dwunastoma potężnymi drzewami dębów. Przez środek polany płynął dosyć wąski, ale jak się okazało całkiem głęboki strumień z nieskazitelnie czystą wodą, połączony ozdobnym, drewnianym mostem i podestem w jej skrajnej części. Na każdej połowie polany znajdowało się miejsce na wielkie ognisko, a wokół nich rozstawiono długie, suto zastawione stoły, pełne jedzenia.

Widząc je, momentalnie poczułem burczenie w brzuchu, uświadamiając jednocześnie, że ilość emocji zupełnie przysłoniła mi ludzkie odruchy, takie jak głód. W naszym towarzystwie podniósł się coraz głośniejszy szmer głosów, co upewniło mnie, że pozostali czuli dokładnie to samo.

Igor i Amelia skierowali się do centralnego stołu na podeście, gdzie czekało już kilka osób. Bardzo wiekowa kobieta z drewnianą laską, przypominającą czarodziejski kostur, elegancko, choć nieco staroświecko ubrani kobieta i mężczyzna w średnim wieku, dorównujący urodą wcześniej poznanym profesorom, oraz grupa, przywodząca na myśl zespół muzyczny – z tą różnicą, że zajmowali się strojeniem bardzo archaicznych instrumentów.

Gdybym nie był fanem powieści fantasy, nie potrafiłbym ich nazwać, ale skoro byłem, rozpoznałem wśród nich ludowe bębny, liry, lutnie i kastaniety. O jeden z bębnów filigranowo opierała się przepiękna, młoda kobieta, przypominająca w swojej sukni prawdziwą elfkę.

Byłem w nią tak zapatrzony, że kiedy nasze spojrzenia niefortunnie się przecięły, od razu spuściłem wzrok, widząc tylko, jak zalotnie się uśmiecha.

– Moi drodzy! – krzyknął do wszystkich Igor tubalnym głosem, rozchodzącym się po całej polanie. – Mam nadzieję, że pierwsza część naszej wycieczki wam się podobała. Cieszymy się, widząc was wszystkich w tym niepowtarzalnym dniu. Przed nami niesamowity rok, dlatego na samym początku naszej wspólnej przygody chcielibyśmy uczcić go ucztą i zapomnianymi obchodami letniego przesilenia. Chłopców zapraszam do stołów po lewej stronie, dziewczyny natomiast niech zajmą miejsca po prawej. Rozgośćcie się, poznawajcie, a gdy już wszyscy zaspokoją głód, przeprowadzimy was przez stare, słowiańskie obrządki, aby godnie przywitać dzisiejszą noc.

Powiedział to z uśmiechem tak ciepłym i serdecznym, że dziewczyny stojące obok zaczęły chichotać, a atmosfera, która do tej pory była dość oficjalna, nagle stała się bardziej swobodna, choć pełna oczekiwania.

Wszyscy z nieskrywaną ochotą ruszyliśmy do stołów, które uginały się pod ciężarem staropolskich potraw i rozgrzewających trunków. Początkowo było nieco sztywno, lecz już po pierwszym kielichu trójniaka lody zaczęły topnieć. Po drugim – wszyscy żywo dzieliliśmy się domysłami na temat zajęć, które nas czekają. Po trzecim – rozmowy naturalnie przeszły na temat, który w naszym wieku interesował nas najbardziej – dziewcząt siedzących po drugiej stronie strumyka.

Najlepiej dogadywałem się ze Zbyszkiem i Frankiem, którzy zajmowali miejsca najbliżej mnie. Z każdym kolejnym toastem uświadamialiśmy sobie, jak wiele nas łączy. Byli ambitni, nad wyraz ułożeni, a jednocześnie… śmiertelnie tym znudzeni. Tak samo, jak ja, nie mieli pojęcia, dlaczego tu trafili. Zgodnie jednak uznaliśmy, że cokolwiek nas tu czeka, na pewno będzie ciekawsze niż dotychczasowe, monotonne życie.

Reszta chłopaków z każdą minutą stawała się coraz głośniejsza – głównie za sprawą tego, że zamiast miodu postawili na gorzałkę. Śmiechom nie było końca, zwłaszcza gdy para identycznych bliźniaków pozwalała sobie na coraz śmielsze żarty i frywolne komentarze dotyczące oprowadzającej nas Amelii.

Ich rechot przerwał nagle donośny głos profesora Igora.

– Najedzeni? Cudownie! – rzucił, nie czekając na odpowiedź. – Chodźcie za mną. Jak widzicie, noc już zapada, czas przynieść i ułożyć przygotowane wcześniej drewno. Oświetlimy tę noc tak, jak na to zasługuje.

Część towarzystwa odrętwiała od jedzenia i trunków, wstawała z wyraźną niechęcią, ale my we trójkę podnieśliśmy się z ochotą. Nie zamierzaliśmy przegapić okazji, by lepiej przyjrzeć się dziewczynom, które – pod wpływem miodu – zdawały się jeszcze piękniejsze niż wcześniej.

Jeden z bliźniaków wstając, zachwiał się tak niefortunnie, że wylądował pod stołem, wywołując salwę śmiechu.

– No pięknie, panie Morawski – westchnął Igor z niesmakiem. – Jak widzę, nauka o cnotach będzie pierwszym przedmiotem, który panu przyjdzie zgłębiać.

Drugi z bliźniaków szepnął do brata, pomagając mu wstać, lecz – niestety dla siebie – zrobił to zbyt głośno:

– Oho, ekspert od cnotek…

Igor uśmiechnął się w sposób, który natychmiast zgasił wszelkie żarty.

– Tak, drugi panie Morawski. Nazywam się Igor Zawisza, herbu Sulima. Mój ród wie o cnotach więcej niż jakikolwiek inny. Obawiam się jednak, że zupełnie mnie panowie nie zrozumieli… ale to się wkrótce zmieni – dodał z dumą, a jego złośliwy, niemal drapieżny uśmiech sprawił, że bracia zamilkli na dobre pół godziny.

Noszenie drewna poszło nam nadzwyczaj sprawnie, a między wszystkimi wyczuwalna była coraz większa swoboda. Mieliśmy też okazję nacieszyć oczy dziewczętami, które – rozgrzane czerwonym winem – chichotały i puszczały do nas zalotne spojrzenia, splatając jednocześnie wianki z ziół pod czujnym okiem Amelii.

Wśród nich szczególnie wyróżniała się drobna blondynka o zielonych oczach, ubrana w błękitną, zwiewną sukienkę, podkreślającą jej wdzięki w sposób jednocześnie ujmujący i kuszący. Promieniała niczym wiosenny promyk słońca – zalotna, delikatna, a jednocześnie psotna.

Zamiast jak zazwyczaj, uciekać wzrokiem, postanowiłem tym razem nawiązać kontakt. Ku mojej cichej radości spojrzała na mnie przeciągle i uśmiechnęła się lekko – z wyrazem twarzy, który trudno było odgadnąć.

Z zapatrzenia wyrwały mnie głosy pozostałych członków kadry dydaktycznej, którzy do tej pory nie mieli jeszcze okazji się przedstawić.

– Moi mili! – donośnym, biesiadnym głosem zawołał jeden z nich. – Nazywam się Michał Wodziński i jestem zaszczycony, mogąc przekazywać wiedzę kolejnemu pokoleniu naszych podopiecznych! – dodał, gładząc przy tym swój bujny wąs. – Ta piękna dama obok mnie, to Marta Mazowiecka. W najbliższych dniach poznacie nas bliżej, wraz z przedmiotami, których będziemy was uczyć. Dziś jednak liczy się tylko jedno – zabawa, biesiada i wspomnienia, które pozostaną w wami na zawsze! – Uniósł kielich i stuknął nim o naczynia pozostałych profesorów, a w tym samym momencie stara kobieta stojąca nieopodal zaśmiała się gromko, niemal skrzecząco, po czym trzykrotnie uderzyła kosturem w ziemię.

Sekundę później ogniska buchnęły tak wielkim płomieniem, że wszyscy cofnęliśmy się odruchowo, osłaniając twarze.

– Niezła sztuczka – mruknął z podziwem Zbyszek. – Ciekawe, gdzie mieli ukryty zapalnik i czym nasączyli drewno, że tak buchnęło… – dodał, przybierając niemal ekspercki ton.

Mojej uwadze nie umknęła jednak dziwna synchronizacja uderzeń kostura starszej pani z natychmiastową reakcją ognia. Co więcej, chwilę później podeszła do każdego z ognisk, wrzucając do nich związane witki ziół, które wcześniej zbierały dziewczęta.

– Chłopcy niech ustawią się na jednym końcu polany, po lewej stronie strumienia, a dziewczęta na przeciwległym, po prawej! – krzyknęła profesor Mazowiecka. – Niech gra muzyka, rozpoczynamy nocne łowy!

Ciszę przerwały dźwięki zapomnianych instrumentów, przenosząc nas wprost do średniowiecza. Nigdy wcześniej nie miałem okazji słuchać muzyki, która brzmiała jak pieśni wędrownych trubadurów, wzbogacone o tak anielski głos, że poczułem się, jak innej epoce.

Okazało się, że ustawiono nas po dwóch stronach strumienia ze względu na pierwszą zabawę, z której słynęła Noc Kupały – łowienie wianka. Każda z dziewcząt puszczała swój wianek na wodę, a według wierzeń ten, kto go wyłowi, miał stać się jej wybrankiem na zawsze.

Żeby nie było zbyt łatwo, kazano nam odwrócić się tyłem, co miało uniemożliwić wcześniejsze wybieranie wianka na podstawie obserwacji i preferencji wizualnych, jakim bez wątpienia oddawaliśmy się przez ostatnie godziny.

– Wodo, wodo, daj nam miłość, daj nam zdrowie, niech nam woda prawdę powie! – zawołała Amelia aksamitnym głosem, dając znak do puszczenia wianków.

Moi nowo poznani koledzy rzucili się do strumienia niemal bez namysłu. Niektóre wianki mogły utonąć, co według dawnych wierzeń wróżyło nieszczęście w miłości.

Ja, w przeciwieństwie do innych, zawsze stawiałem na jakość danego zadania. Ze wszystkich sił pragnąłem wyłowić wianek mojej wypatrzonej wcześniej blond piękności. Wytężyłem wzrok, analizując przypływającą grupę niemal identycznych plecionek – aż dostrzegłem ten jedyny. Upleciony z koniczyny i błękitnych niezapominajek, przypominał sukienkę dziewczyny, która skradła moje myśli.

Chwyciłem go pewnym ruchem, jednocześnie odpychając Franka i Zbyszka, którzy – podobnie jak ja – długo czekali na właściwy wybór. Trzymałem wianek w dłoniach z dumą, jakby był to puchar zwycięstwa w nieznanych mi dotąd zawodach.

– Co teraz? – zapytał nieśmiało Franek.

– Teraz musicie odnaleźć właścicielki swoich wianków. Wierzyć, że wiecie, kogo szukać, to jedno. Ale złapać ją – to drugie – powiedział profesor Zawisza z tajemniczym uśmiechem.

– To co? Idziemy? – zapytałem stanowczo, ponieważ ciekawość, czy dokonałem właściwego wyboru, nie dawała mi spokoju.

– Idziemy! – potwierdził Zbyszek.

Wtedy zauważyłem coś dziwnego – na całej polanie pojawiła się gęsta mgła. Poza łuną palących się ognisk nie było widać zbyt wiele. Cienie tańczyły wokół płomieni, a noc otulała je swoją tajemnicą.

Muzyka również się zmieniła – śpiewająca kobieta intonowała pieśń, której słowa niemal hipnotyzowały:

 

W tańcu z ogniem, w cieniu drzew,
Miłość rośnie, dusza rwie,

Za horyzontem płonie zew,
Przyciągnij mnie, przyciągnij mnie.

O słodka noc, rozpal nas!
Twoja moc woła w dal,

Ciało śpiewa, głowa marzy,
Niechaj wizja się wydarzy.

Ty i ja, strumień rwący,
W silne serca zew płynący,

Namiętność niczym letnia burza,
Chwila strachu się wydłuża.

Krok stawiamy na mchu miękkim,
Usta wołają, dłonie gorące,

W tej chwili nie ma już granic,
Miłość tańczy, serce tęskniące.

Zatrzymaj mnie, zanim zgaśnie czas,
Zanim ta chwila rozwieje się w las,

Bo w ogniu twym ożywa pieśń,
Płonie serce, niechaj trwa to wiek!

Zatracamy się w pieśni nocy,
Czas i miejsce znikają,

W ogniu, w wodzie, w zroszonych łąkach,
Serca jak ognie się splatają.

 

Z hipnotycznego transu wyrwał mnie znajomy widok w świetle płomieni. Przy ognisku, z wyzywającym spojrzeniem, stała ona – moja tajemnicza blondynka.

Chwilę później dostrzegłem najważniejszy szczegół – za uchem miała wsuniętych kilka związanych niezapominajek.

Mimo że w normalnym świecie byłem inteligentnym, ale raczej przeciętnym i niedoświadczonym chłopakiem, tym razem natychmiast ruszyłem w jej stronę. Nie wiedziałem dlaczego, ale nie czułem ani wstydu, ani wątpliwości, ani strachu. 

Wręcz przeciwnie.

– Jak ci na imię, nieznajoma? – zapytałem z pewnością siebie, która była mi obca.

– Julia – odpowiedziała spokojnym, melodyjnym głosem. – A jak na imię mojemu wybrankowi, który podobno ma być mi wierny do końca życia? – dodała z figlarnym uśmiechem.

– Aleksander – wyszczerzyłem się najpiękniej, jak potrafiłem. Cieszyłem się zarówno z szybkiego finału poszukiwań, jak i z faktu, że to właśnie jej wianek udało mi się wyłowić.

Są w życiu chwile, gdy patrząc na drugą osobę, wiesz, że będzie dla ciebie ważna. Tak właśnie było teraz. Jej błyszczące oczy zdawały się ucieleśnieniem każdego męskiego marzenia.

Nie dane było nam jednak cieszyć się zbyt długo. Głos profesora Zawiszy wyrwał nas z magicznego zapatrzenia.

– Gratulacje! Widzę, że wszyscy dobrali się już w pary. W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak wznieść toast! Zbliżcie się, weźcie kielichy i wypijmy za dzień, który zapoczątkuje nowe historie. Za Noc Kupały!

Podążyliśmy do okrągłego stołu, gdzie czekały już kufle wypełnione czymś, co wyglądało na czerwone wino. Wszyscy unieśliśmy je jednocześnie, wznosząc okrzyk.

Julia stała obok mnie tak blisko, że czułem jej zapach. Tego zapachu nie dało się nazwać – był jak elektryzująca mieszanka kwiatów i ciepłej skóry. 

Czyste pożądanie.

Z każdą sekundą patrzyłem na nią coraz intensywniej, jakbym pierwszy raz w życiu naprawdę dostrzegał kobietę. Nagle wszystko nabrało sensu – wcześniejsze niepowodzenia w relacjach z dziewczynami prowadziły mnie właśnie do tego momentu. Przy niej wszystko było oczywiste.

Czułem się… wolny. Jakbym mógł wszystko.

Kolejna zabawa, do której zaangażowali nas profesorowie, polegała na skoku przez niewielkie ognisko. Zadanie było proste – trzeba było przeskoczyć przez płomienie, trzymając się za ręce. Symbol wiecznego zaufania i odwagi.

– Leć przez ogień, leć odważnie, kto dziś skoczy, ten nie zaśnie! – krzyknęli Igor i Amelia, dając sygnał do rozpoczęcia.

Jedna para po drugiej ustawiała się w rzędzie, chwytając za ręce i szykując do skoku. Ku mojemu zaskoczeniu, Julia i ja znaleźliśmy się na początku kolejki. Spojrzałem na nią, a gdy odwzajemniła uśmiech, ścisnąłem jej dłoń mocniej i pociągnąłem do przodu.

Skok trwał ułamek sekundy. Ciepło płomieni otuliło nas na moment, po czym zniknęło równie nagle, jak się pojawiło. Gdy Julia postawiła stopę za ogniskiem, zachwiała się lekko, a ja instynktownie ją złapałem.

Była teraz bardzo blisko.

Nie tylko czułem jej zapach, ale i ciepło jej ciała. Na krótką chwilę świat przestał istnieć – byliśmy tylko my.

Niestety, musieliśmy ustąpić miejsca kolejnej parze.

Efekty skoków były różne – bliźniacy przewrócili się razem ze swoimi wybrankami, rozrzucając płonące polana na wszystkie strony. Niektórzy wykonali zadanie perfekcyjnie, inni wahali się długo, obawiając poparzeń.

Ostatecznie wszyscy zdobyli się na odwagę, a później śmialiśmy się, porównując ilość zabrudzeń na ubraniach i nadpalone końcówki włosów.

Czułem, że jest mi gorąco. Choć nie tylko od ognia.

Najprawdopodobniej był to efekt natychmiastowego działania czerwonego wina. Zakręciło mi się w głowie z taką mocą, jakbym wypił nie kielich, a całą butelkę. Odruchowo złapałem Julię za rękę, bojąc się, że się przewrócę. Oboje zawirowaliśmy, trzymając się kurczowo, najwyraźniej doświadczając podobnych skutków wypitego trunku.

Oprócz zawrotów głowy naszła mnie nachalna myśl, by wskoczyć do strumienia i schłodzić ciało. Nie musiałem się długo zastanawiać, bo już po chwili dobiegł mnie plusk wody – pierwsi wskoczyli bliźniacy. W ich przypadku miało to nawet uzasadnienie praktyczne, bo po skokach przez ogień byli cali umorusani sadzą.

Tym razem to Julia pociągnęła mnie za sobą. Pewnym krokiem, w ubraniach, weszliśmy prosto do strumyka. Nie byliśmy jedyni – ku mojemu zaskoczeniu nawet profesorowie wskoczyli do wody, śmiejąc się i pluskając jak banda nastolatków.

Ja jednak coraz bardziej skupiałem się na Julii. Choć woda sięgała nam ledwie do pasa, zanurzaliśmy się razem, ocierając o siebie w sposób tak sensualny, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.

Cała ta noc była magiczna, nierzeczywista i hipnotyzująca. 

Odkąd zaczęliśmy zabawę z puszczaniem wianków, niemal nikt ze sobą nie rozmawiał. Wszyscy byli pochłonięci odczuwaniem emocji jak w niemym, narkotycznym transie. Nie wiedziałem, ile minęło czasu. Nie przeszkadzało mi, że jestem cały mokry. Nie miałem przy sobie ani zegarka, ani telefonu, który – z roztargnienia – zostawiłem w samochodzie. Czułem, jakbym, przekraczając bramę uniwersytetu, porzucił wszystkie atrybuty dotychczasowego życia.

Po grupowej kąpieli nadszedł czas na ostatnią zabawę. Tym razem niesamowicie zmysłowym głosem odezwała się profesor Mazowiecka:

– Uczniowie! Przed nami ostatnie wyzwanie. Najważniejszym elementem obchodów Nocy Kupały od zawsze było poszukiwanie kwiatu paproci. To właśnie dziś, w świetle pełni księżyca, w nocy letniego przesilenia, może zakwitnąć. Ci, którzy go odnajdą, mogą liczyć na szczęście i pomyślność do końca życia! Oczywiście musicie wyruszyć w parach, a same poszukiwania mogą trwać aż do świtu – i ani minuty dłużej. Do dzieła!

Wraz z ostatnim słowem do moich uszu dobiegł znajomy śmiech starej kobiety z kosturem. Po chwili uderzyła nim trzykrotnie o ziemię, a ogniska – jeszcze przed momentem płonące pełnym blaskiem – zgasły jakby za dotknięciem magicznej różdżki.

Przez chwilę nie widziałem nic – moje oczy nie były przyzwyczajone do zupełnej ciemności. Kiedy odzyskałem orientację i zacząłem dostrzegać zarysy otoczenia w blasku księżyca, zobaczyłem, jak kolejne pary znikają poza polaną, każda w innym kierunku. Zdawało mi się, że nawet profesorowie, trzymając się za ręce, ruszyli na poszukiwania.

– Panie przodem – powiedziałem do Julii z uśmiechem.

– Nie dość, że mi przeznaczony, to jeszcze dżentelmen. Ciekawe, czy z kwiatem paproci też sobie poradzisz – zaśmiała się serdecznie i ruszyła w stronę gęstego lasu.

W przeciwieństwie do wcześniejszych godzin teraz rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim – o naszych domach, szkołach, ulubionych potrawach i filmach, a nawet o planach na przyszłość. Tematów było tak wiele, że na długo zapomnieliśmy o poszukiwaniach.

Co najzabawniejsze, ta rozmowa zdawała się nie mieć większego znaczenia. Była jak oczywiste słowa dwóch identycznych, połączonych dusz. Ja zaczynałem zdanie, ona je kończyła. Wymienialiśmy się w tej roli tak często, że przestaliśmy zwracać uwagę na fakt, iż poznaliśmy się dopiero dziś – że los połączył nas czystym przypadkiem.

Zamiast skupiać się na opowieściach, obserwowałem, jak wilgotna sukienka opina się na jej biodrach, jak pod wpływem wiatru na delikatnym materiale rysują się nabrzmiałe sutki. Patrzyłem, jak się porusza, jak jej zgrabne nogi przemykają przez leśną gęstwinę.

Z lasu wyszliśmy na parkową część terenu. Naszą drogę przeciął labirynt zbudowany z gęstych krzewów. Julia nawet się nie zastanawiała – przerwała zdanie w połowie i pobiegła do środka, chowając się przede mną.

Nad labiryntem unosiła się ta sama dziwna mgła, którą widziałem wcześniej.

Gdy przekroczyłem jego wejście, otulony mglistą poświatą, po raz kolejny poczułem zawroty głowy. Świat stracił swoją wyrazistość, a w moim umyśle rozlało się dziwne uczucie relaksu i błogości.

Przemierzałem kolejne korytarze, wołając imię mojej partnerki niczym tragiczny Romeo. Ona zaś co chwilę odpowiadała mi śmiechem, tłumionym przez gęste krzewy, ale wskazującym mniej więcej jej lokalizację.

Po kilku minutach bezowocnych poszukiwań zatrzymałem się i spojrzałem w niebo. Gwiazdy lśniły tak jasno, że przez moment czułem się całkowicie pochłonięty ich blaskiem. Zamknąłem oczy, pozwalając, by ogarnęło mnie to niecodzienne połączenie z naturą – coś, czego nie czułem w codziennym, miejskim zgiełku.

I wtedy usłyszałem ciche kroki za sobą.

Serce zabiło mi mocniej.

Poczułem ciepłe dłonie, które delikatnie objęły mnie od tyłu, a ich dotyk przeszył mnie falą gorąca. Nie musiałem otwierać oczu. Jej zapach – mieszanka letniej nocy i słodkich nut kwiatów – otulił mnie znajomym ciepłem.

Nie mogąc dłużej czekać, odwróciłem się gwałtownie, chwytając Julię w talii i przyciągając ją do siebie. Jej malinowe, wilgotne usta rozchyliły się pod moim naporem. Pocałunek początkowo był nieśmiały, badawczy, lecz z każdą sekundą nabierał intensywności. Nasze języki muskały się, poznawały nieznany dotąd smak, a jej ciało drżało lekko, wtulone w moje.

Czułem, jak ciśnienie w moich żyłach gwałtownie rośnie, a podniecenie zaciska się wokół mnie jak imadło.

Niestety znowu przerwały nam czyjeś głosy.

Głośne kroki i śmiechy zbliżających się poszukiwaczy kwiatu paproci wyrwały nas z tej chwili. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, chwyciliśmy się za ręce i rzuciliśmy do biegu przez labirynt krzewów i drzew, szukając miejsca, gdzie świat zewnętrzny nie miał dostępu.

Biegliśmy szybko, za szybko – aż nagle zahaczyłem o gruby, wystający korzeń. Straciłem równowagę i runąłem w dół, pociągając za sobą Julię.

Upadła na mnie w sposób tak idealny, że przez moment nie mogłem zebrać myśli. Zakląłem cicho, ale jej śmiech sprawił, że natychmiast zrobiłem to samo.

I wtedy zdałem sobie sprawę – nie mogłem pozwolić, by ten moment przepadł.

Teraz albo nigdy.

Zacisnąłem dłonie na jej biodrach i przyciągnąłem do siebie, wpijając się w jej usta z zachłannością, która zaskoczyła nas oboje. Jej ciepło, miękkość, drżenie – wszystko to działało na mnie jak ogień. Moje palce wędrowały po linii jej pleców, w dół, aż zacisnęły się na jej pośladkach.

– Chcę się z tobą kochać – wyszeptała w przerwie między pocałunkami, a jej oddech łaskotał moją skórę.

Jej słowa były jak zaproszenie do świata, do którego oboje pragnęliśmy wejść, ale którego ścieżek jeszcze nie znaliśmy.

– Ja też – odparłem głosem pełnym napięcia i pragnienia.

Każdy dotyk niósł ze sobą ładunek elektryczności, każda chwila sprawiała, że drżeliśmy jeszcze mocniej, przechodząc kolejne granice. Było w tym coś chaotycznego, ale i pięknego – uczucie tak pierwotne i prawdziwe, że nic innego się nie liczyło.

Podniosłem się, byśmy mogli uklęknąć naprzeciw siebie, nie przestając się całować. Delikatnym ruchem zsunąłem ramiączka jej błękitnej sukienki, a jej skóra zadrżała od chłodnego powietrza.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że jej sukienka układała się na jej ciele tak wyraźnie, ponieważ pod nią nie było biustonosza.

Jej piersi, idealnie jędrne, lekko unosiły się z każdym przyspieszonym oddechem. Sunąłem ustami wzdłuż jej szyi, a kiedy dotknąłem językiem nabrzmiałych sutków, westchnęła przeciągle, wplatając palce w moje włosy.

Z każdą sekundą nasze ruchy stawały się coraz bardziej śmiałe. Uroczo nieporadni, mocowaliśmy się ze sobą, próbując pozbyć się resztek ubrań, śmiejąc się przy tym nerwowo i z ekscytacją.

W głowie kłębiły mi się wątpliwości – czy zrobię to dobrze, czy jej nie rozczaruję, czy nie sprawię jej bólu. Ale kiedy uniosła dłoń i delikatnie pogładziła mój policzek, wiedziałem, że ona czuje dokładnie to samo.

Położyła się na trawie, rozchylając nogi – niepewnie, ale jednocześnie z zaproszeniem, któremu nie mogłem się oprzeć.

Podążałem za instynktem, który, jak się okazało, znał drogę lepiej niż rozum. Przylgnąłem do niej, nasze ciała idealnie do siebie pasowały, jakby od zawsze były sobie przeznaczone. Naparłem mocniej, czując opór, ale nie chciałem się zatrzymać. A potem, gdy przekroczyliśmy tę niewidzialną granicę, spojrzeliśmy sobie w oczy – i wiedziałem, że to nie tylko pragnienie.

To była nasza chwila.

Każdy ruch był coraz bardziej płynny, coraz bardziej naturalny. Pożądanie pochłonęło nas całkowicie, a reszta świata przestała istnieć.

Mieszanka czerwcowej nocy, szeptów i drżących ciał stała się naszą melodią.

I wtedy zrozumiałem – to, co się właśnie między nami działo, zmieni wszystko.

Choć wydawało się to niemożliwe, z każdą chwilą pragnąłem jej jeszcze mocniej. Odwróciłem Julię plecami do siebie i zanurzyłem się w jej wilgotne źródło rozkoszy od tyłu. Jej biodra falowały w rytmie moich pchnięć, a pełne ekstazy jęki, które wydobywały się z jej ust, upewniały mnie, że zmierzam we właściwym kierunku.

Nie miałem doświadczenia, ale instynkt prowadził mnie pewnie. Pragnąłem oddać Julii cały szacunek i przyjemność, na jaką zasługiwała. Nie przestając poruszać biodrami, jedną dłonią gładziłem linię jej pleców, drugą wplatałem palce w jedwabiste blond włosy. Czułem, jak delikatne skurcze jej ciała zaciskają mnie w pulsacyjnych uściskach, które niemal odbierały mi zmysły.

Nie była bierna – ani przez chwilę. 

Nagle obróciła się w moich ramionach, popchnęła na trawę i zmysłowo na mnie usiadła, pochłaniając w głąb siebie. Przez moment zastygła, patrząc mi prosto w oczy. Jej oddech był urywany, dłonie zaciskały się na moich ramionach. W świetle księżyca dostrzegłem na jej policzku coś, co mogło być łzą.

Zwątpiłem w siebie.

Może myliłem się, sądząc, że odczuwała równie wielką przyjemność? 

Może przekroczyłem granicę, której nie powinienem był naruszyć?

Nie pozwoliła mi dłużej o tym myśleć.

Zsunęła się głębiej, wygięła plecy w łuk i jęknęła tak głośno, że reszta świata przestała istnieć. Pozostał tylko rytm naszych ciał, nasza pierwotna, nieskrepowana namiętność, której poddaliśmy się bez reszty.

Nie wiem, jak długo to trwało.

Nie wiem, czy byłem wystarczająco dobry.

Nie wiem, czy kiedykolwiek znów doświadczę czegoś równie cudownego.

Kiedy rozkosz eksplodowała w moim ciele, miałem wrażenie, że spadam w otchłań. Przez kilka sekund nie wiedziałem, gdzie jestem. Julia przycisnęła się do mnie, jej ciało drżało w spazmach ekstazy. Wplotła palce w moje włosy, oddychając nierówno, a ja trzymałem ją tak, jakbym nigdy nie chciał puścić.

Leżeliśmy w ciszy, pozwalając, by chłodny, nocny wiatr pieścił nasze spocone ciała.

A potem Julia zaczęła się śmiać.

Początkowo skonsternowany, podniosłem głowę, by spojrzeć tam, gdzie wpatrywała się z zachwytem. Kilka metrów od nas, wśród wysokiej trawy, krążyły małe, migoczące świetliki świętojańskie. Ich blask tworzył wokół tajemniczą aurę, ale to, co znajdowało się pod nimi, zaparło mi dech w piersiach.

Kwiat paproci.

Emanował subtelną, pomarańczową poświatą, delikatnie pulsując w rytmie własnego, mistycznego oddechu.

Spojrzałem na Julię. Pocałowałem ją z wdzięcznością, a potem oboje zaczęliśmy szukać porozrzucanych ubrań.

– Ty go znalazłaś, ty powinnaś go zerwać – powiedziałem pewnym głosem.

– Nadal dżentelmen – odparła z uśmiechem, po czym bardzo ostrożnie, niemal z czcią, zerwała kwiat, jakby bała się go uszkodzić.

Z jednym trofeum w dłoniach i drugim – w sercu – rozpoczęliśmy wędrówkę powrotną do powitalnego obozu. Szliśmy w milczeniu. Dzisiejsza noc przyniosła tak wiele emocji, że słowa wydawały się zbędne. Wystarczyły splecione dłonie, ukradkowe spojrzenia i kwiat paproci w rękach Julii.

Ku naszemu zdziwieniu niemal wszyscy byli już na polanie. Widać większość poddała się w poszukiwaniach. Ogniska rozpalono na nowo, lecz były mniejsze niż wcześniej – dawały jedynie tyle światła i ciepła, ile było konieczne do wygodnego przemieszczania się i spożywania posiłków.

Zbliżyliśmy się do stołu profesorów, przy którym panowała wesoła atmosfera. Ich fryzury były wymownie potargane, a uśmiechy – szerokie. Julia z dumą uniosła nasz cenny skarb.

– A niech mnie cholera! – krzyknął profesor Wodziński, zrywając się na równe nogi.

– To niemożliwe… – wyszeptała profesor Mazowiecka, patrząc na nas z mieszanką zdumienia i nieodgadnionych emocji.

– A nie mówiłam? – profesor Amelia triumfująco spojrzała na profesora Zawiszę.

– Kurwa – zaklął siarczyście Zawisza, łamiąc tym samym cnoty, które podobno reprezentował.

– Podejdź tu, dziecko – rozległ się nagle głos staruszki, która stała w cieniu wielkiego drzewa.

Julia, zaskoczona reakcjami profesorów, ścisnęła mocniej moją dłoń i pociągnęła mnie za sobą.

Staruszka spojrzała na nas uważnie – z babciną troską, ale i ukrytym wyzwaniem. Z szacunkiem przyjęła kwiat z rąk Julii, po czym uderzyła kosturem o ziemię i krzyknęła głosem prawdziwej, mitycznej wiedźmy:

 

Oto noc was wybrała, gwiazdy wskazały,
ścieżkę skrytą w cieniu paproci doskonałej.

Światło rozbłysło w dłoniach wybranych,
tajemna moc w sercach oddanych.

Niech los wam sprzyja, niech wiatry łaskawe,
niosą marzenia w światy nieznane.

Bo kto kwiat znalazł w świętojańską noc,
ten los ujarzmi i przejmie moc!

 

Wraz z kolejnym uderzeniem kostura niebo przecięła błyskawica, a po chwili rozległ się grzmot, zapowiadając pierwszą letnią burzę. Z pobliskich drzew zerwała się chmara wron, ich przeraźliwe krakanie dopełniło niemal groteskowej sceny.

Zaraz potem podeszła do nas profesor Amelia. Śmiejąc się serdecznie, umieściła na naszych głowach wianki z liści paproci.

– Niech żyje Noc Kupały! Niech żyje Aleksander i Julia! – ryknął profesor Zawisza, budząc tych, którzy zdążyli zapaść w letarg jedzenia, pijaństwa i zabawy – nawet bliźniaków, którzy ewidentnie w tych czynnościach przodowali.

Po kilku toastach i zmyślonych wersjach na temat naszych poszukiwań kadra uniwersytecka ogłosiła koniec biesiady. Wtedy też poznaliśmy ostatnią liczącą się osobę z personelu – pana Stasia.

Był to wesoły, lecz stanowczy mężczyzna w wieku emerytalnym. Z pełną powagą i zaangażowaniem pokierował nas do dormitoriów, odczytując kolejno numery pokoi. Pożegnałem się z Frankiem i Zbyszkiem, jednocześnie szukając wzrokiem Julii. Tuż po naszym ukoronowaniu zniknęła w tłumie wścibskich dziewcząt, zanim zdążyłem zamienić z nią słowo.

Los jednak mi sprzyjał. 

Nasze pokoje znajdowały się dokładnie naprzeciwko siebie – jej pod numerem siedem, mój pod siedemnastką.

Pan Staś pilnował, by każdy udał się prosto do swojego pokoju, ale tuż przed tym udało nam się na moment złapać kontakt wzrokowy. Julia musnęła moją dłoń w cichym, wymownym geście.

Tak oto zakończyłem pierwszy dzień i noc przesilenia letniego na Uniwersitas Amoris.

Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi.

Nie wiem, dlaczego się tu znalazłem.

Za to wiem z pewnością, dla kogo chcę tu zostać jak najdłużej.

 


Burza swoją potęgą kołysała drzewami na błoniach uniwersytetu. Grzmoty jeden po drugim rozbrzmiewały w ciemnościach, jakby same niebo składało hołd tej wyjątkowej nocy. Oślepiające błyski i złowieszcza aura sprawiały, że każde stworzenie i każdy człowiek szukał schronienia.

Prawie każdy.

Pośród szumu wiatru i dudnienia deszczu przebijał się dźwięk, który zdawał się przeczyć potędze burzy – przenikliwy, złowieszczy pisk puszczyka.

Sowa wodziła swoim głosem po całej okolicy, niespokojna, jakby ostrzegająca przed czymś, co miało nadejść.

– Pójdziesz stąd, ty wredna cholero! – krzyknęła Babuszka, strącając ptaka z gałęzi pobliskiego drzewa. – Jeszcze nie czas!

Po czym odwróciła się i odeszła w mrok.

3,204
9.9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.9/10 (14 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.