Ilustracja: KoolShooters (pexels)

To tylko Tinder

24 marca 2025

27 min

Jako że jestem chodzącym dowodem istnienia dysortografii i dysleksji, mam świadomość, iż (mimo dołożonych starań) przy lekturze poniższego tekstu mogą Was boleć oczy. Z góry przepraszam.

PS Wszelkich uwag i konstruktywnej krytyki łaknę jak kania dżdżu.

Kolejny sobotni wieczór. Przestałem je już liczyć. Puste, samotne, ciche i do zapomnienia. Jeszcze nie tak dawno wszystko było proste. Dagmara zawsze potrafiła wypełnić takie chwile treścią. Śmiechem, rozmową, dotykiem. Teraz pozostał po niej tylko ledwo widoczny odcisk na skórze kanapy. Wybrała swoją drogę. Jej prawo.

Przełączam kolejne kanały, beznamiętnie przesuwając wzrok po rozmazanych obrazach. Na niczym nie potrafię się skupić. Szklanka w mojej dłoni jest chłodna, śliski lód przesuwa się po ściankach, a whisky zostawia ciepły, cierpki posmak w ustach.

Upijam łyk. Gorzkie ciepło spływa w dół gardła.

 

W głowie odzywa się ten znajomy, upierdliwy głos.

Ogarnij się. Nie możesz reszty życia przesiedzieć na kanapie!

Zaciskam zęby.

Nie mogę? Challenge accepted! Spadaj!

Piję kolejny łyk, ignorując ścisk w żołądku.

Frajerze! Żałosny frajerze! Naprawdę zostałeś takim przegrywem? Jeden kopniak w dupę wystarczył?

Szczypie mnie kark. Jakby rzeczywiście ktoś mnie właśnie trzepnął.

Odpieprz się! Gdybym chciał, mógłbym mieć dowolną dziewczynę w pięć minut!

Ta, jasne. Oszukuj się dalej.

Naprawdę zaczynasz mnie wkurzać! Nic nie muszę ci udowadniać!

Gadaj zdrów! Po prostu się boisz. Biedny Rafałek dostał kopniaka i się wystraszył.

Przecieram twarz dłonią.

Kurwa! Niczego się nie boję. Nie chcę i tyle.

No jasne, nie chcesz, to po kiego założyłeś konto na Tinderze?

Dla zabawy! Zadowolony?

To się baw. A no tak, zapomniałem. Nie masz odwagi. Pękasz. Boisz się, że znowu dostaniesz kosza.

Mocniej zaciskam palce na szklance. Whisky nagle smakuje jak popiół.

Gówno prawda!

Udowodnij!

Niczego nie muszę nikomu udowadniać!

Mięczak!

 

Smartfon leży na stoliku, ekran czarny, nieruchomy. Przez chwilę tylko patrzę… chwytam go szybkim, nerwowym ruchem. Odpalam Tindera.

Przeglądam zdjęcia jedno po drugim, ignorując oczekujące polubienia. Nie wchodzę w profile, nawet nie patrzę na imiona. Tylko przewijam. Dziwnie wykrzywione twarze, sztuczne, hollywoodzkie, uśmiechy, filtry, absurdalne pozy, czasem cycki, odbicia w lustrze, baseny, sypialnie, pieski, kotki…

Jeden wielki szajs.

Przyspieszam.

Blondynka z czerwonymi ustami. Lewo.

Brunetka w bikini na plaży. Lewo.

Dziewczyna w kapeluszu, zasłaniająca pół twarzy. Lewo.

Różowe włosy. Lewo.

I nagle… Stop. Palec zawisa nad ekranem. Cofam.

Nie ma brokatu, nie ma dziubków, nie ma wymyślnych póz. Zdjęcie inne niż wszystkie. Sprytne, zrobione pod słońce, widać tylko zarys sylwetki. Ciekawość wygrywa. Otwieram profil. Galeria. Jedno zdjęcie, ale…

Siedzi na podłodze, plecami oparta o duży, pluszowy fotel, z tych starych, wygodnych. Wokół rozrzucone poduszki, na stoliku obok migoczą świece, ich światło subtelnie rozświetla scenerię. Reszta tonie w półmroku. Na pierwszy rzut oka zdjęcie mogłoby się wydawać zwyczajne, ale nie jest. Ona nie jest.

Ma na sobie delikatną sukienkę. Zwiewny materiał leniwie spływa po jej ciele, odsłaniając jedno ramię. Tkanina opina się lekko na piersiach, delikatnie zaznaczając ich kształt. Nogi ma zgięte w kolanach, bose stopy spoczywają na drewnianej podłodze. Widać w tym pozę odprężenia, pewności siebie, ale i czegoś więcej. Jakby ktoś uchwycił moment, w którym nie powinna być obserwowana. Głowę przechyla lekko na bok, długie, kasztanowe włosy opadają na odsłonięty obojczyk, sięgają podłogi, przynosząc na myśl morskie fale, przelewające się wokół jej ciała.

Przymrużone, zielone oczy patrzą w obiektyw, przeszywają. Na ustach lekki, prowokacyjny uśmiech. Nie ma w tym nic oczywistego. Nic, co można byłoby nazwać wprost. A jednak zdjęcie przyciąga. Jak magnes. Atakuje zmysły i nie pozwala przewinąć dalej.

Ujęcie ma w sobie coś surowego, prawdziwego, jakby było uchwycone spontanicznie, ale to tylko złudzenie. Jest dokładnie przemyślane. Ustawiła kadr, światło, ułożenie ciała. Nic tu nie jest przypadkowe, a jednak wygląda tak, jakby było. Przygryzam wnętrze policzka.

Nie planowałem się zatrzymywać, nie zamierzałem analizować. Planowałem po prostu złapać jakiegoś matcha i wypełnić pustkę. Choć na chwilę. Tymczasem siedzę, gapiąc się jak głupi. Kurwa.

Przesuwam w dół. Choć zwykle tego nie robię, gdyż większość to same banały, czytam opis.

 

JAGODA

Nie bawię się w subtelności. Wiem, czego chcę. Jeśli ty nie wiesz – Szukaj dalej.

Bez romantycznych bzdur. Nie szukam wielkiej miłości, kwiatków, kolacji przy świecach ani długich rozmów o niczym. Chcę chemii, chcę iskry, chcę, żeby było warto.

Jestem wybredna. Jeśli przyciągnęłam twoją uwagę, zastanów się dwa razy. Nie rzucam się na pierwszego lepszego. Szkoda mi czasu na przeciętność.

Klimat. Janis Joplin, Morrison, Hendrix. Jeśli ich nie znasz – szkoda. Jeśli kochasz – łapiesz plusa.

Mówię wprost. Sprzątanie, pranie, gotowanie? – Szukaj dalej. Kolacja ze śniadaniem? – Być może.

Jestem ogniem. Mogę cię ogrzać, mogę spalić. Zaryzykujesz

Jeszcze nie podjąłeś decyzji? Szukaj dalej.

 

Jest inny. Już pierwsze słowa są ostre, selektywne. Jakby od razu chciała odsiać tych, którzy nie pasują do jej świata. Zero lukru. Zero uprzejmości, które mają sprawić, że się spodoba.

Nie. Ona nie musi się podobać. To nie jest profil dziewczyny, która czeka, aż ktoś ją poderwie. To profil kobiety, która wybiera sama. Świadomy, wyrachowany, jakby patrzyła mi prosto w oczy i sprawdzała, czy się zawaham. Zaciskam palce na telefonie. Coś we mnie drgnęło. Nie powinno. Przecież to tylko Tinder. Opuszkami sunę po ekranie… przesuwam w prawo…

Nie zdążyłem odłożyć telefonu, gdy zawibrował mi w dłoni. Zaskoczony patrzę na ekran. „Masz nową parę! Jagoda zaakceptowała twoje zaproszenie”. Jakby dała matcha w tej samej chwili. Czuję dziwny skurcz w żołądku. Ej! Wyluzuj! To tylko Tinder. Próbuję wymyślić jakiś niebanalny tekst, gdy pojawia się dymek czatu.

 

Jagoda: Przekonaj mnie, że nie tracę czasu.

Nie: „hej”, nie: „co tam”, nie: „ładne zdjęcia”. Nic nie tłumaczy się, nie wyjaśnia, nie bawi w gierki. Rzuca wyzwanie. Odchylam się na oparcie kanapy, przygryzam wargi. Cokolwiek napiszę, nie może być tanim banałem. Nie chodzi o to, żeby jej zaimponować. Chodzi o to, żeby zdecydowała, że chce pisać dalej.

Rafał: Gdybyś się bała, że możesz stracić czas, nawet byś nie napisała.

Czekam, Czas dziwnie spowalnia. Chłopie, co ci odwala? Wibracja telefonu.

Jagoda: Dziś to dziś, jutro to jutro. Żadnych zobowiązań.

Rafał: Lubię jasne sytuacje. 

Odpisuję szybko. Dalsza rozmowa przypomina ping-pong.

Jagoda: Ok. Tylko się tego trzymaj.

Rafał: Taki mam zamiar.

Jagoda: I niech tak zostanie.

Rafał: Oczywiście.

Cisza.

Palce zawisają nad ekranem. Powinna odpisać. Powinna. Teraz, zaraz, natychmiast. Ekran pozostaje pusty. Pocą mi się dłonie. Co ty odwalasz? Z podstawówki się urwałeś, czy jak? Patrzę na telefon, odkładam go, zerkam znowu. Przesuwam po krawędzi ekranu, bezwiednie blokuję i odblokowuję urządzenie. Kurwa. To idiotyczne, a jednak zaczynam się denerwować. Zjebałem! Coś zjebałem! Nie odpisze! I kiedy już, zrezygnowany chcę dolać sobie whisky, telefon wibruje.

Jagoda: Ustalmy zasady. Cukierków w papierku nie jadam, lodów nie lubię, balsam do ciała mam własny, a moja tylna część służy wyłącznie do siedzenia.

Lubię konkrety, ale w tym momencie czuję, że ona nie tyle ustala reguły, ile daje mi wybór.

Rafał: Nie widzę problemu.

Znów chwila ciszy. Jakby celowo przedłużała, wiedziała, co czuję i świetnie się bawiła.

Jagoda: Poza tym wiesz, po co się spotykamy. Żadnych podchodów.

Krótko, zwięźle, bez niedomówień.

Rafał: Jestem na tak.

Tym razem odpowiedź przychodzi niemal natychmiast.

Jagoda: Ok. Partyzantów 26/9 20:15. PS Cenię punktualność.

Rafał: Ok.

 

Potwierdzam krótko. Jeszcze chwilę wpatruję się w ekran. Czuję się jak nastolatek przed pierwszą randką. Wrzuć na luz! To tylko Tinder! Rzucam okiem na zegar, 18:32. Na Partyzantów mam rzut beretem, zamawiam Ubera.

Przeciągam się, czując napięcie w plecach, a także… Popieprzyło cię!… lekką ekscytację pomieszaną z nerwowym oczekiwaniem. Jagoda nie była typowa, nie pasowała do Tindera. Nie wysłała uśmiechniętej buźki czy emoji ognia. Postawiła warunki, obserwowała reakcje. Teraz czekała. Na mnie. 20:15. Ceni punktualność.

Rzucam telefon na kanapę, idę do łazienki. Woda pod prysznicem jest gorąca, parzy skórę, lecz nie zmniejsza napięcia. Myśli kotłują się w głowie. Sposób, w jaki pisała, to jak celowo odwlekała odpowiedzi, sprawia, że… Kurwa! Nie masz szesnastu lat! Sięgam po ręcznik i wycieram się szybkimi ruchami. W lustrze widzę swoje odbicie – wilgotne, zmierzwione włosy, dwudniowy zarost niemający nic wspólnego z niechlujnością, lecz podobno przydający samczego uroku, lekka opalenizna. Dobrze. Naturalnie. Nic więcej nie trzeba.

Nie chcę przekombinować, przesadzić. Wybieram to, w czym czuję się najlepiej, a jednocześnie dobrze wyglądam. Czarne bokserki, Ciemna, dopasowana, jeansowa koszula, w której zawsze zostawiam rozpięte dwa guziki pod szyją – kiedyś usłyszałem, że to działa. Granatowe, lekko obcisłe jeansy, wygodne, ale podkreślające sylwetkę. Wsuwam stopy w welury. Eleganckie, ale na luzie. Przesuwam dłonią po koszuli, dopinając mankiety. Zero perfum, zero przesady. Jagoda nie wygląda na dziewczynę, którą można „kupić” błyszczącym zegarkiem czy mocnym zapachem.

Zerkam na telefon. 18:52.

Jeszcze chwila do Ubera. Łapię się na tym, że nerwowo krążę po pokoju. Luz! To tylko Tinder!

Smartfon brzęczy na kanapie. Cholera! Zrezygnowała! Rozmyśliła się! Drżącą dłonią aktywuję ekran.

Powiadomienie z Ubera: „Czekam.” Wypuszczam powietrze. Wychodzę. Chłopie! Co się z tobą dzieje?!

Samochód staje. Na desce rozdzielczej zielonym światłem pulsuje 20:10. Płacę, wysiadam. Kierowca rzuca szybkie „dzięki” i odjeżdża. Stoję przed starą, lecz zadbaną, czteropiętrową, kamienicą. Wysokie okna, secesyjna fasada. W świetle latarni wygląda nieco tajemniczo. Przyciąga wzrok. Spoglądam po oknach. W lukarnach poddasza migocze blask świec. Delikatna poświata pulsuje lekko, jakby ktoś bawił się ogniem. To tam? To jej świat? Czuję ucisk w żołądku. Opanuj się! Nigdy nie byłeś romantykiem!

Podchodzę do drzwi, zerkając na telefon. 20:12 wyciągam rękę do domofonu. STÓJ!

Pod powiekami pulsuje okienko czatu: „20:15 PS Cenię punktualność”. Czekam. 

Telefon wibruje. Znów zapominam o oddechu. Patrzę na ekran. „Kurs zakończony. Oceń przejazd”. Ja pieprzę! Ze świstem wypuszczam powietrze.

20:13

Luz! Wyluzuj! To tylko Tinder To tylko spotkanie. Tylko seks. Więc co jest do cholery grane? Co się ze mną wyprawia! 

20:14

A jeśli to błąd? Jeśli zdjęcia nie oddają rzeczywistości? Jeśli otworzy mi jakiś maszkaron? Kurwa! Dagmara aż tak ci namieszała w głowie? Gapię się w telefon. Pulsująca kropka oznaczająca upływ sekund z każdą kolejną miga coraz wolniej.

20:15

Wreszcie! Drżącą dłonią sięgam do domofonu, o mało nie mylę przycisków. Dzwonię. Po chwili trzask z głośnika. Żadnego: „cześć”, żadnego: „wejdź”. Tylko brzęczenie odblokowanego zamka. Wchodzę. Gdzieś z góry słyszę ciche skrzypienie uchylanych drzwi. Ruszam, chwytając drewnianą, wyślizganą przez lata, poręcz. Może to zapach starej klatki schodowej, może lekkie migotanie żarówek. Czuję się dziwnie. Duszno. Serce tłucze w piersi. Co jest?!


Docieram na poddasze, rozglądam się. Drzwi po prawej lekko uchylone, przez szczelinę widać migotanie świec. Zapukać? Waham się. Pod powiekami fragment opisu: „Wiem, czego chcę. Jeśli ty tego nie wiesz – szukaj dalej”. Popycham drzwi. Skrzypniecie zawiasów, kontrastuje z cichą muzyką: 

„…Everybody trying to tell me that you didn’t mean me no good. I’ve been trying, Lord, let me tell you, Let me tell you I really did the best I could….”

Głos Planta rozbrzmiewa w przestrzeni. Ciepła poświata świec rozlewa się po ścianach, rzucając nieregularne cienie. W powietrzu unosi się zapach kadzideł. Wanilia? Drzewo sandałowe? Coś egzotycznego, subtelnego, a jednak atakującego każdy zmysł.

Jagoda stoi kilka kroków dalej. Oparta o ścianę, w pozornie niedbałej pozie. Taksuje mnie wzrokiem, powoli. Bez pośpiechu, bez uprzejmej ciekawości, bądź nawet śladu speszenia. Na chłodno jak lekarz. Przełykam ślinę. Jej spojrzenie sunie po mnie jak rozgrzane ostrze. Na moment tracę pewność siebie. Nie przywykłem do bycia ocenianym. Nie w ten sposób. Z trudem udaje mi się nie cofnąć. Nie odwrócić wzroku. Jeżą mi się włoski na karku. Ja pieprzę! Kącik jej ust leciutko drga, unosi się do góry. Jakby właśnie skończyła analizę. Z pozytywnym wynikiem.

Oddycham głębiej niż zamierzam. Słyszy to? Niczym wyrwany z transu, dopiero teraz dostrzegam szczegóły. Biała, bufiasta bluzka z delikatnym motywem niezapominajek, kończy się tuż poniżej linii żeber. To jak układa się na piersiach, nie pozostawia wątpliwości – nie ma nic pod spodem. Niebieskie dzwony, biodrówki, podkreślają smukłość talii. Brązowy pasek. Duża, metalowa klamra przyciąga spojrzenie dokładnie tam, gdzie chce. Tuż nad nią połyskuje kolczyk. Malutka pacyfka.

Spoglądam na twarz. Wyraźne kości policzkowe, porcelanowa cera, pełna drobniutkich piegów, które w tym świetle wydają się jeszcze delikatniejsze. Lekko zadarty nos. Wyraźnie zarysowane usta – czerwone, zmysłowo błyszczące, jakby przed chwilą zwilżone językiem. Makijaż delikatny. Subtelne podkreślenie oczu wystarczy, by ich migdałowy kształt i intensywny kolor wypalał się w pamięci. Na zawsze. Teraz wypala się w mojej. Długie, kasztanowe włosy sięgają pośladków. Lśnią w półmroku i lekko falują, jakby przed chwilą poruszała głową, choć stoi nieruchomo. Okalają jej ciało niby mgła. Kusicielka. Świadoma swej siły. Nie musi wypinać bioder, odchylać głowy, sztucznie prowokować. Wystarczy, że stoi i patrzy. A teraz czeka. Daje mi szansę.

Cisza trwa o sekundę za długo.  Przekrzywia głowę.

— Będziesz tak stał, czy może jednak zamkniesz drzwi? Obojętne z której strony. – rzuca bezczelnie spokojnym, zmysłowym głosem.

Otrząsam się jak wyrwany z transu. Nie spierdol tego! Karcę się w myślach.

Zamykam drzwi. Od środka. Odezwij się kretynie! 

— Wybacz. Zapierasz dech. Kurwa! Co za banał!

— Wiem. — Rzuca nonszalancko, z tą cholerną, absolutną pewnością siebie.

Kolejna szpila. Nie daj się, powiedz coś! Odzyskaj teren!

– 20:15 dziwna godzina na spotkanie. – próbuję brzmieć swobodnie.

– Dziwna? – unosi brew.

 – Nie 20:00, nie 20:30. Dokładnie 20:15. – staram się wyglądać, jakbym wzruszał ramionami, choć tak naprawdę próbuję rozluźnić spięte barki.

Przez chwilę mierzy mnie wzrokiem. Jakby zastanawiała się, czy zasługuję na odpowiedź.

– Chcę wiedzieć na wejściu, z kim mam do czynienia.

– Zaciekawiłaś mnie.

– Napaleniec, a z nich z reguły nie ma pożytku, nie wytrzyma, przyjdzie za wcześnie, Dupek, który chce tylko sobie ulżyć, będzie miał gdzieś, spóźni się.

 – I to działa?

Grymas zniecierpliwienia przemyka po jej twarzy. Cholera!

– Ty przyszedłeś o czasie.

Odwraca się. Teraz mogę zobaczyć dopełniającą ideału resztę – Ciasno opięte dżinsami, jędrne pośladki, przywodzące na myśl kształt odwróconego serca.

Gestem dłoni, migając ciemnoczerwonymi paznokciami, nakazuje mi podążyć za sobą. Uff… Jeszcze nie przegrałem… To tylko Tinder! CO TY WYPRAWIASZ!!!

Idę za nią, Zapach kadzidełek krok za krokiem wciąga mnie w jej świat, w jej przestrzeń. Ściany toną w ciepłym świetle świec. Płomienie tańczą w szklanych naczyniach porozstawianych na półkach, stoliku, parapecie. W powietrzu unosi się subtelna mgiełka dymu, przez który światło wydaje się przygaszone, bardziej intymne, kontrastując z jej osobowością.

Patrzę wokół. Plakaty.

Jim Morrison, Janis Joplin, Hendrix. Spoglądają na mnie ze ścian, jakby oceniali, czy mam tu czego szukać. Na centralnym miejscu plakat „Hair” atakuje wzrok psychodeliczną mieszaniną zieleni, czerwieni i żółci. Oryginał? Niemożliwe. Choć czy w przypadku Jagody cokolwiek jest niemożliwe? Z poczerniałych ze starości belek sufitu zwieszają się lekkie, półprzeźroczyste tkaniny, falujące przy każdym ruchu powietrza. Łapacze snów i inne plecione ozdoby nadają miejscu klimat oderwany od rzeczywistości, mistyczny, jakbym znalazł się w innym świecie. Jej świecie, stworzonym według jej zasad. Podłogę, zamiast dywanu pokrywają grube wzorzyste poduszki, ułożone bez ładu, jakby jeszcze przed chwilą ktoś na nich siedział. W kącie wieża z adapterem – stara, wręcz archaiczna, lecz migające diody dają znać, że wciąż działa. Obok stojak pełen winylowych płyt. Rozglądam się dalej. Po lewej, przy ścianie, masywny, obity pluszem fotel. Fotel ze zdjęcia. Głęboki, niski, klubowy. Wydaje się niezbędny, dopełnia. Na środku pokoju wolna przestrzeń. Nieprzypadkowa. Nasuwa, wręcz narzuca skojarzenie ze świątynią, miejscem, gdzie odbywa się jakieś misterium.

Nie ma tu zbędnych mebli, nie ma łóżka, kanapy. To miejsce jest jej. A ty? Możesz tu wejść, lecz albo zaakceptujesz dokładnie takim, jakim jest. Albo… droga wolna.

Jagoda nie patrzy na mnie, nie sprawdza, jak reaguję. Ona wie. Doskonale wie. Podchodzi do małego stolika, na którym, obok butelki, stoją dwa, już pełne, kieliszki.

– Czerwone? Czy nie pijesz?

Oczywiście. Jej decyzja. „Możemy się napić, ale to ja wybieram”.

Na pozór swobodnym gestem sięgam po szkło. Patrzę jej w oczy. Staram się emanować pewnością siebie, z której nieustannie mnie odziera.

„There’s a red house over yonder. That’s where my baby stays...”

Odzywa się wieża.

Hendrix. Oczywiście. Cóż innego.

Widzi moją reakcję. Jej wargi drżą w sugestii uśmiechu. Przesuwa się lekko, opiera plecami o ścianę. Rozglądam się. No tak, nie mam wyjścia, mogę tylko stać. Jak student na egzaminie.

– Znasz?

– Hendrixa? Serio? – odzyskuję odrobinę gruntu pod nogami – Znam ich wszystkich. – kieliszkiem wskazuję plakaty. – A to? – wskazuję na wieżę – „Red House”. Klasyk z pierwszej płyty, ale jeśli o mnie chodzi wolę „Voodoo Child”

Milczy, kręcąc lekko kieliszkiem w palcach. Nie komentuje, czeka.

– A ty?

– „Machine Gun”.

– Surowa, drapieżna, napięta do pierwszego do ostatniego dźwięku. Cóż by innego.

– Zgadza się – Jagoda nie przestaje bawić się kieliszkiem. – A wiesz, co Hendrix powiedział o tej piosence?

– Że to dźwięk wojny.

– I seksu. – zmysłowo oblizuje kropelkę wina z warg. Po raz pierwszy widzę przebłysk prawdziwego zainteresowania w jej oczach.

Niby przypadkowo opiera dłoń na ramce. Odruchowo patrzę w dół. Janis Joplin. Melancholijnie patrząc w dal, stoi ubrana jedynie w korale. Jedno z najsłynniejszych zdjęć. Dostrzegam lekko pożółkłe krawędzie. Też oryginał? No bez jaj!

Podąża za moim spojrzeniem.

– Genialna. – Nie szuka potwierdzenia. Wie. Jak zawsze.

– Absolutnie. – Odpowiadam byle tylko zostać na pewniejszym gruncie.

Patrzy na mnie, a ja zdaję sobie sprawę, że praktycznie powtórzyłem jej własne słowa. Wtopa!

Unosi dłoń, powoli przesuwa po skórze, tuż nad krawędzią dekoltu.

– Janis była pierwsza.

– Pierwsza? – pytam odruchowo.

Chłodne spojrzenie zielonych oczu. Uważaj kretynie!

Unosi kieliszek, ale nie pije od razu. Obraca w palcach. Patrzy, jak rubinowy płyn wiruje wewnątrz.

– Znalazłam płytę w piwnicy rodziców – jej głos nabiera innej, do tej pory nieznanej barwy. Głębszy, jakby z nutą zmysłowej chrypki. – Okładka była tak pobazgrana, że nic nie dało się odczytać.

Znów kręci kieliszkiem. Tym razem upija łyk i po chwili dopowiada:

– Winyl był w strasznym stanie, nie chciał działać, adapter załapał dopiero czwarty czy piąty utwór. Usłyszałam „Piece of My Heart”. I przepadłam. – Milknie.

Zwierzenia? Ona? Coś tu nie gra… Upijam łyk wina, znajdując wytłumaczenie chwilowej ciszy. Ona cię dalej sprawdza!

– „Cheap Thrills” – odpowiadam – Znalazłaś „Cheap Thrills”

– „Cheaper Thrills” – poprawia, podnosząc na mnie wzrok.

– Nie ma opcji. Jeśli tam był ten kawałek, to musiało być „Cheap Thrills”

Na sekundę zapada kompletna cisza. Przeszywają mnie dwie zielone włócznie. A potem? Potem się uśmiecha. Pierwszy raz w ten sposób. Nie tylko usta, także oczy. To nie jest zwykły uśmiech. Ten uśmiech mówi jedno:

„Zdałeś”


Łapie mnie za rękę. Pierwszy dotyk. Jej palce zaciskają się na moim nadgarstku. Miękkość jej skóry kontrastuje z pewnością ruchu. Nie spodziewałem się tego. Niemal się wzdrygam, czując ciepło jej dłoni. Prowadzi mnie w stronę fotela. Usadza. Zapadam się w miękkie pluszowe siedzisko.

– Ani drgnij. – Szept jak obietnica. Gorący, zmysłowy, ale też nieznoszący sprzeciwu. Serce tłucze o żebra. Słowa wibrują w powietrzu, we mnie. Nawet gdybym chciał, nie jestem w stanie drgnąć.

Przez chwilę manipuluje przy wieży. Pokój wypełnia ciepłe, leniwe brzmienie „Summertime”. Muzyka delikatnie wibruje w powietrzu, otulając wszystko miękką, elektryzującą melancholią. Głos Joplin wypełnia nie tylko przestrzeń, przenika przez skórę, rozchodzi się po wnętrzu. Osiada na każdej komórce. Nieświadomie oddycham głębiej. Nie wiem, czy to muzyka, czy ona – a może jedno i drugie.

Siedzę. Wbijam wzrok w Jagodę. Jest na środku pokoju. Powoli zaczyna się poruszać. Każdy gest, każde drgnienie mięśni jest idealnie zgrane z muzyką. Jakby była częścią dźwięku, jakby jej ciało znało każdy akord, zanim jeszcze wybrzmi. To nie jest zwykły taniec. Nie mam już wątpliwości. To naprawdę jest świątynia. Rozpoczyna się misterium.

Każdy ruch jest przemyślany, pełen kontrolowanej namiętności. Nie tylko oglądam – czuję to w sobie, w przyspieszonym pulsie, w napięciu, które narasta pod skórą. Jagoda przymyka oczy, odchylając głowę do tyłu, by jej jedwabiste, miedziane włosy, spłynęły po plecach. Biodra falują w rytm muzyki. Powoli, leniwie, hipnotyzująco. Malutki kolczyk kołysze się delikatnie. Każdy ruch, każde muśnięcie skóry – wszystko jest zamierzone.

Nie odzywa się, całkowicie stopiona z muzyką. Jest ode mnie kilka kroków, a jednak ją czuję. Fizycznie. Każdy jej ruch igra z moim ciałem. Nie powinna mieć nade mną takiej władzy. Nikt nigdy nie miał. A jednak…

Opuszcza ręce i subtelnie chwyta brzeg bluzki. Zamieram, jakby to mnie dotknęła. Muzyka wznosi się, rozbrzmiewa, zapowiedź czegoś niezwykłego. Materiał powoli sunie w górę. Odkrywa, milimetr po milimetrze alabastrową skórę. Widzę już w pełnej krasie jej szczupłą talię, płaski brzuch, linię żeber. Wyżej, wyżej, wyżej…

Gdy bluzka w końcu opada na podłogę. Czas staje. Oddycham? Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle pamiętam, jak się to robi. Jagoda nie ma stanika. Nie musi. Jej piersi są pełne, sprężyste, idealne. Poruszają się przy każdym jej ruchu, hipnotyzujące niczym dwie fale na spokojnym morzu. Na bladoróżowych sutkach tańczą drobne cienie rzucane przez światło świec. Cała skóra usiana piegami, rozrzuconymi chaotycznie niczym konstelacje na niebie. Gubię się w nich. I ten tatuaż…

Pod i pomiędzy piersiami czerń tuszu kontrastuje z porcelanową gładkością skóry. Tworzy hipnotyzujący wzór – mistyczny symbol, który w każdej chwili może być czymś innym. Jak ona. Gdy się porusza, jej ciało igra ze światłem a kształt ożywa. Faluje razem z nią. Mandala w centrum pulsuje z każdym oddechem, wijące się pnącza zdają się sunąć po skórze, ukryte wśród nich spirale budują harmonię między chaosem a porządkiem. We mnie nie ma harmonii, jest tylko chaos. Zachwyt, pragnienie, pożądanie, niecierpliwość, walczą o pierwszeństwo. Tak bardzo chcę, tak bardzo pragnę jej dotknąć, poczuć. Każdy mięsień w moim ciele krzyczy, żebym się poruszył. Doskonale wie, o czym myślę. Krótkie spojrzenie, gest ręki wpleciony w taniec. Jednoznaczny, ostateczny, nieznoszący sprzeciwu, wbija mnie w fotel. Ona chce, żebym patrzył. Tylko patrzył. Więc patrzę. Wdech… wydech… wdech powtarzam w myślach jak mantrę.

Dłonie znów wędrują po ciele, w górę żeber. Muska palcami piersi. Każdy, najdrobniejszy nawet gest, jest nierozerwalną częścią dobiegających z wieży dźwięków. Muzyka, ruch, ona – wszystko zlewa się w jedno.

Wciąż tańczy. Dłonie zsuwają się po piersiach, w dół, w subtelnej pieszczocie muskają brzuch. Docierają do klamry paska. Nie odpina od razu, bawi się. Nie ma w tym nic z niezdarności. To celowa gra. Celowa tortura. Gdy metalowa sprzączka w końcu się poddaje, Jagoda, nie zaprzestając tańca, spogląda na mnie. W jej oczach płonie wyzwanie. „Wytrzymasz?” – zdają się pytać. Jest w nich również niezachwiana pewność siebie. Powoli, niezwykle powoli zaczyna zsuwać spodnie.

Dzwony opadają z cichym szelestem wzdłuż ud, odsłaniając białe, skąpe figi. Przez niemal przejrzystą tkaninę dostrzegam zarys jej muszelki. Ból pożądania dociera do granicy, za którą nie ma już mnie. Jest tylko palące, nieustające, nienazwane, niewysłowione pragnienie. Widzi to. Widzi wszystko. Właśnie do tego zmierzała. A ja nie mogę nic zrobić. Jestem całkowicie w jej władzy.

Przez chwilę tylko tańczy. Porusza głową, przerzucając włosy do przodu. Obraca się powoli, pozwalając mi oglądać się z każdej strony. Smukłe plecy, delikatna linia kręgosłupa, drobne ramiona i zgrabne, drgające subtelną grą mięśni, pośladki. Gubię się, ginę. Ginę w niej.

„…no, no, no, no, no. Don’t you cry…”

Muzyka powoli zamiera, Jagoda sunie dłonią w dół i bez ostrzeżenia jednym płynnym gestem zsuwa figi. Opadają na podłogę wraz z ostatnim dźwiękiem.

I oto jest. Naga, idealna. Nigdy nie widziałem nic piękniejszego. Skóra lśniąca, napięta, rozgrzana tańcem. Tatuaż wydaje się żywą częścią jej ciała. Oddycha razem z nią. Nie ukrywa się, nie osłania. Pozwala mi patrzeć. Chce, bym patrzył. Chłonę ten obraz każdą komórką ciała. Każdym nerwem. Nie pamiętam już, że to tylko Tinder.

Podchodzi do mnie. Nie śmiem drgnąć. Jej oczy błyszczą. Na ustach wykwita triumfalny uśmiech. Wie, że nigdy nie zapomnę tego spektaklu.

Serce tłucze się w piersi jak oszalałe. Patrzy na mnie z góry, naga, dumna, w pełni świadoma tego, co robi z moim ciałem, z moimi myślami, ze mną. Nie mówi nic. Nie musi. W jej spojrzeniu jest absolutnie wszystko.

Smukłe palce sunął powoli po moich dłoniach, chwyta za nadgarstki. Unosi z oparć fotela.

– Możesz dotknąć.

Kładę dłonie na talii, czuję ciepłą, aksamitną skórę, która niemal prześlizguje się pod palcami. Przesuwam wyżej, po delikatnym zarysie żeber. Niepewnie obejmuję pełne, sprężyste piersi. Jakbym się bał, że to sen, który każdy gwałtowniejszy ruch może rozproszyć. Jagoda odchyla lekko głowę, jej usta rozchylają się w głębszym westchnieniu. Chłonę tę chwilę całym sobą. Czuję miękkość ciała, ciepło jakim pulsuje, elastyczność, z jaką poddaje się dotykowi. Kciukami przesuwam po różowych sutkach, które twardnieją pod moim dotykiem. Jagoda drży.

Nagle jej dłonie znów oplatają nadgarstki. Stanowczym ruchem przyszpila mi ręce do oparć fotela, znów unieruchamiając. Tym razem nie słowem, gestem. Z ust nie znika uśmiech. Prowokujący, zmysłowy, z lekką nutką kpiny.

– Nie tak szybko. – głos jest niski, miękki, jak delikatny powiew letniego wiatru.

Nachyla się powoli. Włosy opadają na moją twarz. Pachną ciepłem i czymś jeszcze. Miodem? Wanilią? Piersi znajdują się tuż nad moją twarzą. Tak blisko. Tak daleko. Nie jestem w stanie sięgnąć ustami. Widzę każdy z piegów rozsypanych na ich powierzchni. Napięte sutki zdają się błagać o pieszczotę, pocałunek. Nie pozwala. Kolejna tortura.

Sunie dłonią po mojej twarzy – powoli, nieznośnie powoli bada każdą linię, każdy kontur. Palce muskają policzek, krawędź szczęki. Czuję, jak wplata palce w moje włosy, pieści kark. Marzę tylko o tym, by ją dotknąć, pieścić, przejąć kontrolę. Doskonale o tym wie. Przeszywające spojrzenie dumnych zielonych oczu wyciska ze mnie resztkę oddechu, zniewala. Unieruchamia.

Jej dłonie suną niżej, szyja, ramiona. Powoli z niespieszną dokładnością po opinającej tors koszuli. Lekko wbija paznokcie, zaledwie przez sekundę, jakby testując jak bardzo już płonę. Z moich ust wyrywa się niekontrolowane westchnięcie. Zaciskam zęby.

Oczy płoną hipnotyzującą satysfakcją. Ma świadomość pełni kontroli i rozkoszuje się tym.

Ciało kołysze się powoli. Czy wieża nadal gra? Nie wiem, nie słyszę. Nie słyszę nic oprócz łomotu własnego serca, szumu krwi.

Palce wślizgują się pod koszulę. Ciepłe, pewne. Opuszki suną po brzuchu delikatnie niby muśnięcie wiatru. Z każdą chwilą jednak coraz bardziej świadomie, odważniej. Rysuje magiczne wzory na mojej skórze. Zniewalające, pozbawiające reszek kontroli. Łapię oddech, próbuję zebrać myśli. Bez sensu. Mogę tylko czuć.

Powoli rozpina guziki, metodycznie, jeden po drugim. Gdy materiał opada na boki. Jagoda pochyla się nade mną. Czuję jej piersi na moim torsie. Ciepłe, jedwabiste, ich dotyk jest jak iskra, cios w samo centrum istnienia. Powietrze staje się gęste, nabrzmiałe napięciem. Coraz trudniej nim oddychać.

Usta odnajdują moją twarz. Jest w tym coś mistycznego. Muska delikatnie policzek, powieki. Nie spieszy się. Wargi, ciepłe i wilgotne miękkie, przywierają do moich. Języki splatają się w powolnym, lecz pełnym szaleństwa tańcu. Na chwilę. Przesuwa się niżej, drażni oddechem, całuje szyję. Przygryza dość mocno. Chce, żebym czuł ją także po wszystkim. Wędruje niżej przez obojczyki, ramiona, tors. Kiedy dociera do brzucha, jestem już na skraju. Każde muśnięcie ust, każda pieszczota języka odcina mnie od wszystkiego. Istnieję tylko tu i teraz, w tej chwili. Palce suną po moich biodrach. Sprawne, pewne. Rozpina guziki spodni, niedbałym ruchem zsuwa je ze mnie razem z bielizną. Ciche mruknięcie — znak zadowolenia łechce moje ego.

Zmuszam się, by otworzyć oczy. Patrzę na nią, a ona patrzy na mnie. Z wyzwaniem, pewnością siebie, triumfem? Gdybym znalazł się w takiej sytuacji z kimś innym, pewnie czułbym zażenowanie, lecz nie tu, nie teraz, nie z nią. Tu wszystko wydaje się doskonale w porządku. Tak, jak być powinno. A potem… pozwala piersiom opaść na nabrzmiałą męskość. Z sykiem wciągam powietrze.

Porusza się leniwie, ocierając o mnie. Zmusza do przekroczenia granic, których istnienia nawet sobie nie uświadamiałem. Czas i przestrzeń przestają mieć znaczenie. Istnieje tylko pieszczota jej biustu, której nie da się nazwać, określić.

Przerywa, wstaje. Wracam. Odzyskuję świadomość, znów istnieję, choć jedynym co czuję, jest dojmująca tęsknota za minioną chwilą. Rozpaczliwa chęć błagania o więcej. Patrzy na mnie z uśmiechem, który zawiera wszystko. Prowokację, pożądanie, kpinę i wiele więcej. To uśmiech kusicielki, zdobywczyni, której udało się obezwładnić mnie całkowicie, pozbawić jakiejkolwiek zdolności reakcji, ruchu. I ma tego pełną świadomość.

Siada na moich udach. Nagle jestem w niej. Ciepło, wilgoć, rozkosz.

Oddycham płytko, nie mogąc uwierzyć w intensywność tych doznań. Utrzymuje kontrolę. Nie pozwala mi się ruszyć. Chce, żebym skupił się na każdym, najdrobniejszym nawet drgnięciu jej ciała, każdym napięciu, każdym impulsie. Niedbałym gestem pozwala się dotknąć, spełniając moje największe pragnienie.

Sięgam po nią natychmiast. Znów wędruję dłońmi po jej ciele. Chaotycznie, niecierpliwie, zachłannie. Dotykiem badam każdy skrawek. Smukłe plecy, wąską talię, nabrzmiałe piersi, napięte uda, jędrne pośladki…

Leniwie kołysze biodrami, jakby chciała w nieskończoność rozciągnąć ten moment. Każdy ruch jest świadomy, dokładny, dopracowany w najdrobniejszym szczególe. Nie spieszy się, nie goni. Celebruje. Delektuje się każdą sekundą, każdym dreszczem przenikającym jej ciało. Oddycha szybciej, głębiej. Ciepły strumień powietrza omiata moją skórę, Wtulam twarz w jej piersi. Chłonę zapach jak narkotyk. Wargami obejmuję sterczący sutek, drażnię, wyrywając z jej ust cichy jęk. Chwytam w talii i trzymam kurczowo, jakbym obawiał się, że zniknie.

Ruchy stają się coraz intensywniejsze. Powoli, płynnie, lecz nieprzerwanie. Każdy jest kolejnym krokiem ku spełnieniu. Podąża ku niemu, coraz śmielej, coraz mocniej, coraz szybciej. Oddaje się temu całą sobą. Jestem częścią tej drogi. Jestem z nią, w niej, każdą komórką ciała.

Nagle wszystko się zmienia. Ruchy, dotąd płynne, pełne harmonii tracą rytm. Stają się rozedrgane, gorączkowe. Oddycha ciężko, jakby brakowało jej powietrza. Palce zaciskają się na moim ramieniu, Czuję ukłucia paznokci. Każdy mięsień ciała napina się do granic, nie jest w stanie drgnąć, zamiera. Dłoń wpleciona w moje włosy ciągnie delikatnie, błagalnie.

Wyrzucam biodra, staram się odnaleźć właściwy rytm. Wystarczy chwila. Odchyla głowę do tyłu, włosy opadają jak miedziany wodospad, usta rozchylają się w bezwiednym jęku czystej, pierwotnej ekstazy. Widzę to, czuję to, chłonę całym sobą. Nie umiem oderwać od niej wzroku. Nie umiem odnaleźć żadnej myśli. Po prostu jestem tu i teraz. Delektuję się tym, jak drży, jak pulsuje.

Jej oddech jest wciąż ciężki, głęboki, przepełniony błogim zmęczeniem, a mimo to nie skończyła. Jeszcze nie. Nie porusza się, ale i nie jest bierna. Wnętrze obejmuje mnie mocno, mocniej, ciasno, gorąco, pulsując rytmicznie z wyrachowaną precyzją, celowo. Bez pośpiechu, bez gwałtowności, nad wszystkim ma kontrolę.

To nie jest wyłącznie przyjemność. To eksplozja odczuć tak intensywna, że nie da się jej wyrazić słowami. Płonę. Każdy nerw, każda komórka mego ciała odpowiada na nią – jej ciało w sposób, w jaki mnie obejmuje, doprowadza mnie do miejsca, którego nigdy wcześniej nie znałem. Pierwotnego, nieokiełznanego, niepodlegającego żadnej definicji. To nie jest po prostu spełnienie. To coś głębszego, silniejszego. Coś, co nie sprowadza się wyłącznie do fizyczności. Fala, która mnie porywa, przenika przeze mnie, rozrywa na strzępy i ponownie składa w całość. Przekroczenie kolejnych granic – jakbym przez całe życie znał tylko cień tego, co właśnie przeżywam…

Czuję pot spływający po skórze. Czuję ciepło. Czuję ją nie tylko ciałem. Jest wszędzie. Na mojej skórze, w moich myślach, w mojej krwi. Wnika w najgłębsze zakamarki, pozostawiając ślad, który nigdy nie zniknie. Oddech, gorący i ciężki, stopniowo łagodnieje. Delikatnie przesuwam dłonią po plecach, czując drobne dreszcze, które jeszcze nie całkiem minęły. Delektuję się każdą sekundą. Jej ciało wciąż mnie obejmuje. Ciepłe, wilgotne. Nie porusza się. Nie musi.


Otwieram oczy. Napotykam dwie zielone studnie, z których nic nie potrafię wyczytać.

Uśmiecha się lekko. Inaczej. W tym uśmiechu nie ma wyzwania, prowokacji. Jest coś innego, Coś, co boję się nazwać. Palce suną po mojej piersi, rysując leniwe kręgi. Cicho mruczy jakby na krawędzi snu i jawy.

Powiedzieć coś? Po co. Chwilo, trwaj. Chcę zapamiętać ten moment dokładnie takim, jakim jest. Cisza, ciepło jej ciała. Delikatne drżenie powietrza – pulsowanie napięcia, które nie zniknęło. Zmieniło jedynie formę…

Jagoda unosi się i opiera po obu stronach mojej głowy. Jej włosy spływają mi na twarz. Ten zapach. Ciepło, miód, wanilia. Już na zawsze pozostanie we mnie. Patrzy, lekko przechylając głowę.

– Nieźle.

Jedno słowo. Brutalnie przywołujące rzeczywistość. To tylko Tinder. Unosi się. Przeciąga. Zgrabnym ruchem schodzi z moich ud. Nie spieszy się. Sięga po figi. Kiedy wsuwa je na biodra czuję dziwne ukłucie. Dlaczego? Przecież wszystko było jasne. Od samego początku. Gdy odwraca się do mnie plecami, podchodząc do stolika. Obojętnym ruchem nalewa sobie wina. Gdy unosi kieliszek do ust, w tak boleśnie prozaicznym, codziennym geście, coś we mnie krzyczy. Nie powinno. A jednak.

Jej ciało wciąż lśni od potu. Ciepły blask świec podkreśla każdą krągłość, każde zagłębienie, każde załamanie skóry. Jest piękna. Magicznie piękna. Siedzę nieruchomo, podziwiam. Odwraca się do mnie. Migotliwy blask tańczy na jej piersiach.

– Liczysz na powtórkę? – znów ten bezczelnie spokojny, a jednocześnie zmysłowy ton. – Wybacz, ale nie było aż tak dobrze, by poświęcić ci więcej czasu.

W pierwszej chwili nie rozumiem, co do mnie mówi.

– Zbieraj się! – dodaje chłodniej. – Chyba nie będziesz robił scen. Wszystko było ustalone. – Dwie zielone włócznie przeszywają mnie na wylot zimnym blaskiem.

Drżącymi dłońmi wciągam spodnie. Jakoś udaje mi się zapiąć koszulę.

– Do niezobaczenia – rzuca z tą cholerną, absolutną pewnością siebie, zamykając za mną drzwi.

Zbiegam po schodach. Wypadam na zewnątrz. Biegnę przed siebie. Bez celu. Chłodne powietrze późnego wieczoru owiewa twarz, zatrzymuję się, opieram się o ścianę. Próbuję ogarnąć mętlik w głowie.

 

Oj Rafał, Rafał! – Znów ten upierdliwy głos. – Czegoś się spodziewał? Przecież to tylko Tinder.

7,265
8.67/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.67/10 (25 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.