Ogrodnik (IV)
28 marca 2025
Ogrodnik
6 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Bart 2
Chociaż to lipiec, padało już tydzień. W szklarniach po drugiej stronie płotu zapłonęły lampy. Ogrodnik też włączył światło w swojej części. Przeszklone pawilony przyciągały wzrok. Otworzyła okno, było ciepło. Zdawało się, że ze szklarni dochodzi stłumiona przez deszcz muzyka. Nudziła się.
Wysłała, odebrała, polajkowała i poplotkowała. I tak do dwudziestej trzeciej. W szklarni ciągle było jasno. Widziała cień, ktoś pracował. A nich tam! Pójdzie i zobaczy co tam się dzieje. Drzwi do kotłowni były pewnie otwarte. Pobiegnie, najwyżej trochę zmoknie!
Poślizgnęła się na ławce pod oknem, ale zdołała utrzymać równowagę. Zeskoczyła w kałużę i pobiegła do szklarni. Paręnaście metrów starczyło żeby piżama przemokła na wylot. Przyklejona do ciała bawełna nieprzyjemnie chłodziła. Zdejmie, jest sama, nikt nie zauważy. Powiesiła piżamę tuż przy nagrzewnicy. Wyschnie w mig!
W szklarni nadal grała muzyka. Coś rockowego, nie znała wykonawcy.
Automat zgasił już światło w szklarni Ogrodnika. Tak będzie lepiej, nikt jej nie zobaczy. Ostrożnie podeszła do drzwi. Bart układał marchewki na paletach. Nagi od pasa w górę, muskularny, miał kropelki potu na torsie.
Zadzwonił telefon. Wyciągnął z kieszeni.
– Tak? – odpowiedział.
– Ruszył? Dobra! – chłopak rozłączył rozmowę, wziął jakiś wąż ze stołu, podszedł do skrzynki na ścianie i przekręcił kontakt. Światło zgasło w całej szklarni. Straciła Barta z oczu. Stała nieruchomo, bała się ruszyć.
Po paru minutach szklarnię omiotły światła samochodu. Potem zgasły, coś działo się na podwórzu. Ktoś szeroko odsunął drzwi od szklarni i włączył silnik. Furgonetka wjechała tyłem. Czerwień stopu błysnęła i zgasła. Trzasnęły drzwi. Sylwetka zasapanego grubasa zamajaczyła w słabym świetle latarki. Zaczął ładować kartony z pomidorami. Śmierdział potem. Otarł czoło, rozpiął koszulę i wrzucił na pakę. Poszedł po kartony. Coś go zainteresowało. Zapalił latarkę. Teraz widziała – na kartonie leżało czasopismo. Grubas przekartkował i otworzył rozkładówkę. Playboy! Odruchowo sięgnął do rozporka. Przewrócił parę kartek. Rozpiął spodnie i ściągnął bokserki. Usiadł na kartonach i onanizował się wpatrzony w nagie modelki. Miał mały, wątły penis, a niewielkie jądra ginęły w warstwie tłuszczu. Sapał! Był coraz bliżej. Wstał, położył Playboya na kartonach i trzepał się coraz szybciej. W półmroku trzęsły się tłuste pośladki.
Rozbłysło światło. Bliski orgazmu grubas prawie nie zauważył. Trzasnął bicz. Smagnięcie w gruby tyłek podniosło go i wyprostowało. Zawył z bólu. Odwrócił się i upadł na plecy, tyłkiem na pomidory. Gramolił się, kopiąc nogami i próbował wstać. Penis jeszcze mu nie zwiotczał. Kolejne trzaśnięcie bicza poderwało grubasa jak rażenie prądem. Z niemym krzykiem na przerażonej twarzy upadł, trzymając się za jądra. Trzecie smagnięcie znów trafiło w pośladki, tuż obok czerwonej pręgi po pierwszym ciosie. Grube cielsko czołgało się do wyjścia. Paraliżujący ból krocza uniemożliwił krzyk. Zresztą, wokoło nie było nikogo.
Bart stał z bykowcem na środku szklarni.
– Cześć Szabełko! Dziś na pomidorki naszła cię chętka?
– Zapierdolę… zajebię cię chuju – Szabełko wył i niezgrabnie próbował podnieść się na łokciach.
Bart zamachnął się i szeroko wywinął batogiem. I tym razem kula na końcu bata ze świstem wbiła się między uda grubasa. Cielsko podskoczyło z rykiem bólu i upadło skulone. Wybatożony złodziej wył i chlipał.
– Jebana… rasa, zapierdolę cię skurwysynu – łkał.
Bart wziął zamach.
– Nieeeee!
Zamknęła oczy. Kolejne „Nieee” i świst bata; wycie torturowanego złodzieja doszło do niej z przerażającą jasnością. Prawie tak, jakby pejcz Barta lądował na jej pośladkach!
Szabełko czołgał się do furgonetki. Raz po raz oglądał się w oczekiwaniu kolejnego ciosu. Bart czekał. Tłuścioch wciągnął cielsko do szoferki. Włączył silnik i spróbował ruszyć. Samochód parę razy szarpnął i zgasł. Szabełko zapalił motor raz jeszcze i wyjechał ze szklarni. Zawadził o coś na podwórku, ktoś go otrąbił na drodze, a potem zniknął w szumie miasta.
Światło w szklarni zgasło. Było dziwnie cicho.
Stała nieruchomo. Gdzie Bart?
Przed oczami miała wciąż batożonego. Przełknęła ślinę. Po takich ciosach ten Szabełko pewnie nie jest już mężczyzną. Ta myśl sprawiła jej dziwną przyjemność. Czuła napięte sutki i gorącą wilgoć w pochwie. Lubiła to uczucie.
Bart był tuż za nią. Poczuła zapach mężczyzny, potem jego dłonie na piersiach i twardy penis napierający na pośladki. Westchnęła.
– Podobało ci się? – zapytał. Dłonie mocniej objęły piersi.
– Wykastrowałeś tego biedaka za parę skrzynek pomidorów? – bardziej stwierdziła niż pytała.
– Za dwie próby gwałtu i paręnaście ton pomidorów – usłyszała wesołość w głosie chłopaka.
– Próby gwałtu?
– Tak – palce ścisnęły jej sutki. Bart był delikatny, ale zdecydowany – na nastolatkach. Ta tłusta świnia próbowała wydymać dwie siódmoklasistki. Tylko fujarkę ma za krótką.
– Świnia! – westchnęła bezwiednie wypinając pupę.
Twardy penis wszedł gładko między uda, aż do łechtaczki. Sięgnęła między nogi, przycisnęła penis do fałdek. Jeszcze trochę i twarda męskość Barta pozbawi ją dziewictwa. Włożyła dłoń między uda i przytrzymała penis. Bart poruszał biodrami jak przy stosunku. Strzelił spermą wprost w jej dłoń. Podniecona rozsmarowała jego nasienie po kroczu. Potem pochyliła się i wypięła mu pupę.
– Wyliż mnie! – rozkazała.
Chłopak klęknął i sięgnął ustami między nogi Doroty. Poczuł jej twardą łechtaczkę. Wysunął język, jak tylko mógł, próbował sięgnąć do środka pochwy. Potem wepchnął go w pupę dziewczyny i wreszcie wrócił do łechtaczki. Śliskie od spermy wargi sromowe Doroty gładziły jego policzki. Orgazm targnął dziewczęcym ciałem z niespodziewaną siłą. Był długi i głęboki. Dorota nie pamiętała, co krzyczała. Chyba coś wyjątkowo wulgarnego.
Bart był znowu twardy. Kazała mu położyć się na ścieżce, potem usiadła mu na twarzy. Chciała znów poczuć język chłopaka w pupie.
– Zrób sobie dobrze – rozkazała raz jeszcze.
Nie czekał na kolejną zachętę. Onanizował się, wylizując ją między pośladkami. Po chwili strzelił spermą wprost na jej piersi i brzuch. Przypomniała sobie, co mówiła Małgosia – „Sperma to najlepszy kosmetyk”. Rozsmarowała całą dawkę po piersiach i brzuchu. Sutki sterczały gotowe do pieszczot. Poczekała chwilę i jeszcze raz opróżniła jądra chłopaka. Tym razem wytrysk sięgnął tylko do pępka. Rozprowadziła nasienie po udach. Parę razy delikatnie przejechała dłonią po łechtaczce. Szkoda, że jest jeszcze dziewicą. Coś z tym trzeba zrobić!
Bart zasnął. Dorota wstała. Pocałowała go w usta i pobiegła przez szklarnię. Pod drodze miała jeszcze jeden orgazm. Nie umyła się na podwórku. Wspięła się po ławce do swojego pokoju i wskoczyła do łóżka. Ostatni raz zrobiła sobie dobrze już pod kołdrą. Zasnęła uśmiechnięta.
P.S.
Szabełko próbował się zemścić. Gdy tylko doszedł do siebie, wziął chwilówkę u Wędrzyckiego i zapłacił za Barta Krawędziakowi i Leszczowi.
Tak, tym dwóm z bandy Sójki!
Procent był lichwiarski, ale miał nadzieję, że odbije sobie na pomidorach i nawozach, jak tylko pozbędzie się tego małego jebańca. Krawędziak z brzytwą w kieszeni, a Leszcz, jak zwykle, ze styliskiem kilofa w dłoniach, wkroczyli do ogrodnictwa państwa XXXX. Nikt, nigdy nie dowiedział się, co tam wtedy zaszło. Obaj żule są do dziś w Tworkach. Milczą. Krawędziak spędza całe dnie z oczami wbitymi w ścianę, a Leszcza trzeba przypinać pasami do łóżka. Już dwa razy próbował przegryźć sobie żyły. Parę razy odwiedził ich Szabełko. Pytał o jakieś pieniądze. Pielęgniarka twierdziła, że za drugim razem roztrzęsiony grubas miał opatrunek na lewej dłoni. Wyglądało tak, jakby brakowało mu małego palca. Gdy widziała go po raz ostatni, miał owinięte obie dłonie. Zwłoki Szabełki znalazł jakiś grzybiarz. Stwierdzono zadzierzgnięcie. W raporcie wskazano na świeże amputacje palców obu dłoni i na to, że ofiara była kastratem. Dłużnicy Wędrzyckiego bez szemrania spłacili wszystko co do grosza.
Krążyły plotki, że wtedy u państwa XXXX, Krawedziak i Leszcz natknęli się na Gregora. Reszta bandy Sójki wolała natychmiast wyjechać do Reichu. Policja tam lichutka, a Gregor daleko.
Jak Ci się podobało?