Nieostrokształtni
24 marca 2025
9 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Pogłaskałem Garreta. Fajny z niego pies.
Czy ktoś z was, po drugiej stronie kartki, miał kiedyś psa? Jeśli nie, to wiele tracicie, to bardzo fajne uczucie, kiedy opiekujesz się kimś, kto patrzy głęboko w oczy i oczekuje tylko zainteresowania w naprawdę niewielkim stopniu, dając za to czystą przyjemność.
Porównałbym to z seksem. Znacie ten dowcip – „Wiesz, co to jest najwyższe spełnienie, rozkosz i jest wtedy cudownie? To orgazm”. Szkoda, że nikt z was nie wiedział. Ale spokojnie, wszystko przed wami. Znaczy się, chcę podkreślić jedną rzecz – porównałbym, gdybym sam wiedział, co to za uczucie. Serio, podobno jest naprawdę nieziemsko.
Garret leży w nogach łóżka i nie zajmuje mi miejsca, bo tak naprawdę to Garret nie istnieje. Jest tylko i wyłącznie mój, bo jest wytworem tylko i wyłącznie mojej fantazji. Gdyby naprawdę istniał i gdybyście mogli go zobaczyć, to pewnie by się wam spodobał. A zresztą, i tak będzie się wam podobał, bo każdy z was wyobraża go sobie po swojemu. Dla ciebie jest pudlem, białym, szczekającym kłębkiem futra, słodkim aż do przesady. Dla ciebie będzie może buldogiem, podczas gdy dla mojej kuzynki będzie po prostu psem. Ona ma kilka lat i pewnie nie rozróżnia jeszcze ras. Ale ja mam dwadzieścia i też ich nie rozróżniam. Stanąłem na poziomie kilkuletniego dziecka. Dla mnie pies to po prostu pies. Nic więcej, nic mniej.
Garret łasi się i liże mnie po twarzy wtedy, kiedy jest mi smutno i nie ma przy mnie nikogo, kto powiedziały „Hej, stary, nos do góry!”, „Rozchmurz się” albo „Zbieraj się, idziemy na piwo”. Ma szorstki język, ale te jego psie czułości są ujmujące. W chłodne, samotne wieczory ogrzewa mi stopy. Nawet nie wie, że to robi. A wiecie, czemu nie wie? Bo nie istnieje! Haha! Taki żarcik, nie? Czasem można pozwolić sobie na takie dowcipy. Raczej nie są śmieszne dla nikogo poza autorem, ale czy autora to obchodzi? Nie sądzę. Mnie, na przykład, wcale nie obchodzi, czy się teraz zaśmialiście do łez, uśmiechnęliście półgębkiem, czy z zażenowaniem przebiegliście wzrokiem kilka linijek, byle dalej. Mnie ten dowcip bawi i tak zostanie.
Poza Garretem mam też Pannę Chandrę, Pana D, który jest moim dealerem, i mojego najlepszego przyjaciela – Pana Lustrzane Odbicie. Z Panną Chandrą jest tak, że składa mi wizyty wtedy, kiedy zanosi się na zły nastrój. Podziwiam jej perfekcyjne wyczucie czasu, naprawdę rzadka cecha u tak pięknej i niefrasobliwej kobiety, jaką bez wątpienia jest. Pan D przychodzi wtedy, kiedy zanosi się zgoła na odmienny nastrój. Przynosi czekoladę i papierosa z nieodłączną pojedynczą zapałką w pudełku z wytartą trzaską. Cwany jest. Przeważnie ta zapałka jest albo spalona, albo mokra, albo po prostu z niewiadomych przyczyn nie chce się odpalić, co zmusza mnie do szukania pomocy u jakichś realnych, ostrokształtnych ludzi.
Nie uwierzycie, ale poza nimi istnieją normalni ludzie, tacy z krwi, kości i innych rzeczy, takich jak oczy, włosy, skóra i język.
Pana Lustrzane Odbicie widuję, gdy chcę założyć soczewki z rana, zdjąć je wieczorem, umyć zęby po każdym posiłku i kiedy mnie goli. Nie jest mistrzem, często mnie zacina. Ale wybaczam mu, bo się do mnie przepraszająco uśmiecha. Prawie jak Garret, kiedy coś zbroi, albo obsika czyjąś nogę w eleganckim pantoflu i dokładnie wyprasowanych spodniach.
Lubię tych moich przyjaciół. Poza nimi odwiedzają mnie tu tylko ubrani na biało ludzie, którzy przynoszą mi masę kolorowych cukierków. Jedne są niebieskie i mówią o nich, że nazywają się Estronem. Czasem przynoszą nie cukierki, ale jakieś gorzkie paskudztwo, co się według nich nazywa Relamax.
Zapomniałem jeszcze powiedzieć o Pani Janice. Ładne imię, prawda? Mi się bardzo podoba. Ona też. A wiecie, czemu? Bo przychodzi do mnie nocą. Goła. Fajnie, nie? Siada koło mnie i bawi się moją ręką moim własnym ptaszkiem. Nie wiem, co robi, ale jak kończy, to czuję się, jakbym opadał w jakąś ciepłą i miękką przepaść. Ale nie mówcie o tym nikomu, bo jeszcze zabronią jej przychodzić, a to byłoby niemiłe. A jeślibym zaczął płakać, to daliby mi Cipralex albo Tepeelde ble ble ble, takie coś w zastrzykach. Nie lubię zastrzyków. To boli i czasem myślę, że robią mi to specjalnie, bo mnie nie lubią.
Opowiem wam, jak to było pierwszy raz z tym, jak przyszła do mnie Panna Chandra. Miałem wtedy kilka lat mniej niż teraz, ale nie było to tak dawno temu. Siedziałem z jednym z pierwszych papierosów w ustach, na ławce, za blokiem. Nie chciałem, żeby mama mnie widziała. Pomyślałem wtedy, że fajnie będzie spróbować się podpalić. Otworzyłem zapalniczkę na pełen regulator i nacisnąłem mechanizm. Pstryknęło i zanim zapiekło, wokół rozszedł się trupi odór palonych włosów. Chciałem jak najdłużej utrzymać rękę nad ogniem, żeby poczuć, jak to jest być pieczenią, ale nie wytrzymałem. Przyjaciel, który siedział obok, spytał mnie, czemu to zrobiłem.
– Chciałem poczuć ból – powiedziałem i kiedy tylko skończyłem mówić, dostałem pięścią w szczękę. Przywalił mocno, aż chrupnęło. A potem siedzieliśmy i popijaliśmy energolca z Biodronki, paląc papierosa za papierosem. Dla mnie to były małe akty spopielenia.
Chciałem jeszcze raz poczuć się jak baran na rożnie, ale znów dostałem w twarz, zanim jeszcze zdążyłem nacisnąć przycisk.
Tamtego wieczoru wróciłem do domu i od razu poszedłem do łazienki, żeby nikt nie wyczuł, że palę. Kiedy stałem przed lustrem i rozmawiałem z Panem Lustrzane Odbicie, podeszła ona. Golił mnie, a ja spoglądałem na swoją suszącą się nagość, kiedy bezszelestnie prześlizgując się między kantem drzwi a progiem, przez tę wąziutką i ledwie dostrzegalną szparę, przecisnęła się Panna Chandra.
Oniemiałem z wrażenia. Taka laska! Mój ideał. Wiecie: brunetka z kasztanowym odcieniem, zielone kocie oczy, biust że ach!, wąska talia, ten tyłek!, długie nogi jak stąd tam, i jeszcze parę innych rzeczy, które mnie zawsze kręciły w panienkach. Pamiętam, że mój przyjaciel – ale nie ten, z którym paliłem, tylko ten drugi, no wiecie – zrobił takie baczność, że nawet Pan Lustrzane Odbicie się zawstydził i oblał rumieńcem, jak nowicjuszka przed wyświęceniem.
Sądziłem, że mam dobry humor, ale chwilę potem wszystko się spierdoliło, mówiąc krótko. Zdałem sobie bolesną sprawę, że nie mam szans na poderwanie koleżanki, która od czasu, kiedy przygarnąłem Garreta, patrzyła na mnie jak na zupełnego idiotę. Ona była – jakby całkiem bardzo – podobna do Panny Chandry, albo odwrotnie, zresztą nieważne. Może gdybym nie miał mojego ukochanego psiaka, to by mnie polubiła, albo coś więcej. Ale ja nie chciałem nikogo, kto nie polubiłby Garreta, bo jak można lubić mnie czy kochać, nie kochając tego, co ja kocham?
Panna Chandra usiadła wdzięcznie na kibelku, zarzuciła nogę na nogę, złożyła dłonie na kształtnych kolanach i patrzyła na mnie ze słodkim uśmiechem, podczas gdy we mnie się wszystko gotowało od tego jej wzroku.
Stałem, a Pan Lustrzane Odbicie co chwila zerkał w dół, jakby pytając mojego ptaszka, co się stało, a czasem jakby chciał kazać mu dać spocznij. Ale jak tylko zerknąłem na Pannę Chandrę, czy to bezpośrednio na siedzącą na muszli, czy na jej odbicie w lustrze, dziwnym zbiegiem okoliczności było to odbicie pod moją pachą, to wszelkie groźne i potępiające spojrzenia stawały się zupełnie głupie.
Tak w ogóle sądzę, że Panna Chandra i Janice są siostrami. Podobne, gorące do obłędu. Współpracują – Chandra mnie rozgrzewa, a jej bliźniaczka schładza. Pikawa mi wysiadała, kiedy Chandra patrzyła tak na mnie ciągle, jednostajnie słodkim i pociągającym wzrokiem, dając jednocześnie do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, kiedy mimowolnie wgapiałem się w jej dekolt. A było na co. Ręka uciekała mi tam, no, na dół, ale jakoś przy Pannie Chandrze było mi po prostu głupio. Co innego Janice, ona załatwia wszystko sama.
Możecie mi wierzyć, choć ostatnio Wielki Józio ciągle nazywa mnie mitomanem. Pewnie sam nie wie, co to znaczy, ale po prostu lubi mnie obrażać. Mary, ta wariatka, mówi, że to znaczy, że lubię zmyślać, ale to nieprawda. To wszystko jest naprawdę. Zupełnie nie rozumiem, czemu miałbym kłamać i zmyślać. Przecież to nie przez te pigułki za szafą i łóżkiem. Jakby je znaleźli, to by pewnie nie byli nawet źli, ale mogliby mnie stąd zabrać.
Ale tak w ogóle, to ludzie są tu bardzo mili, przyjaźni i cierpliwi. Wy pewnie byście się na mnie denerwowali, jakbym zaczął się bawić z Garretem, albo rozmawiać z Panną Chandrą przy was, a oni wcale się nie denerwują. Siedzą obok mnie i niej i słuchają. Ale nie wiedzą chyba, że powinni wyjść, bo takie podsłuchiwanie jest po prostu niegrzeczne. Ale mi to nie przeszkadza, bo się nie odzywają. Poza tym mam z Panną Chandrą taki swój kod, którego nikt poza nami nie rozumie. Nie powiem wam, jaki to kod, bo jeszcze uznalibyście mnie za wariata, gdybym wam powiedział mój tajny kod, ale wiecie – oparliśmy go na mówieniu słów od tyłu. Nikt się nie domyśli, co mówimy między sobą. Nikt, nigdy, przenigdy. Ona nikomu nie powie, obiecała mi to, i ja też jej to obiecałem. I dotrzymam słowa.
Poczekajcie, muszę wyprowadzić Garreta na korytarz. Tam wykopie sobie dołek i znajdzie w nim kość, którą będzie obgryzał, kiedy ja będę jadł kolację. Zresztą i tak zawsze coś mu rzucam do jedzenia. Rano, kiedy wstaję, niczego nie ma, więc musi mu smakować. Lubię Garreta.
Wszystkich ich lubię tak samo. No, może Janice troszkę bardziej, bo wiecie, zupełnie inaczej jest, jak tylko z kimś rozmawiasz, a zupełnie inaczej, kiedy jesteś z kimś w intymnym związku. Podejrzewam nawet, że się w niej zakochałem i ona we mnie też, ale czuję, że to będzie miłość z przeszkodami. Taka wielka, prawdziwa miłość, jak ta na ścianie w dużej sali, kiedy wyłączają światło, a na białym tle wirują w tańcu i łóżku piękni mężczyźni z pięknymi kobietami. Wtedy zawsze chce mi się płakać, bo wiem, że nigdy nie zatańczę z Janice. Mógłbym zatańczyć z Mary, ale ona jest dziwna. W momentach, kiedy ludzie na ścianie przytulają się do siebie, płacze i zerka w moją stronę, myśląc, że nie widzę. Ale ja widzę. A kiedy są w łóżku i się kochają, to łapie mnie za udo i zanim zdążę zareagować, to zawsze łapie mnie za ptaszka przez cienkie spodnie pidżamy. Zboczona jakaś. Wariatka. Ludzie w białych fartuchach mówią o niej „wariatka wśród wariatów”. To musi coś znaczyć.
Na mnie też mówią „wariat” i nie słuchają nic a nic, kiedy mówię im, że nie jestem wariatem. To bardzo niegrzeczne nie słuchać kogoś, kto mówi. Oni są obłudni. To znaczy, że co innego mówią, a co innego robią. Na przykład Wielki Józio zawsze mówi mi, żebym brał wszystkie tabletki, ale sam ich na pewno nie bierze. Zresztą, kto zmusiłby go do wzięcia? Jest naprawdę wielki i silny, a kiedy nie chcę brać kolorowych cukierków, to wciska mi je siłą. To niesprawiedliwe.
Garret właśnie wykopał dołek na środku pokoju. Podszedłem do dziury i ją zasypałem. Trochę ziemi wpadło mi do kapcia. Ale zawsze zasypuję dziury po Garrecie. Porządek musi być.
Jak Ci się podobało?