Mental lesson
21 marca 2025
12 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Wieczorem, kiedy wróciła z SPA, dojrzała jego samochód na podjeździe. Poczuła nieznośny niepokój, ponieważ nigdy nie zostawiał auta na podjeździe w tak niechlujny sposób i surowo zabraniał jej tego samego. Bojąc się jego niezadowolenia ze spóźnienia, zaczęła gorączkowo biegać po domu, szukając swojego Pana.
Niestety, nigdzie go nie było, co oznaczało, że musiał być w jednym z miejsc, gdzie nie miała prawa wstępu. Pomyślała szybko i pobiegła w stronę ogrodu zimowego na piętrze. Był to specyficzny ogród zimowy – dogrzewamy zimą, klimatyzowany latem, a nawet posiadający specjalne rolety w celu osłony termicznej dla rosnących tam roślin. Absolutnie nikt – co dotyczyło również jej – z obsługi domu, ani sprzątaczka, ani ogrodnik nie mieli tam wstępu. Pan kiedyś powiedział jej, że rosną tam wyhodowane własną ręką rośliny bonsai.
Kiedy jak zwykle stała pod drzwiami z rękoma splecionymi za plecami, czekając na Pana zastanawiała się, co mogło się wydarzyć.
Nagle drzwi otworzyły się, ale w inny niż zwykle sposób. Zamiast pewnie i władczo, raczej delikatnie i z uszanowaniem, była kompletnie zaskoczona i nie znała swojego Pana od tej strony. Jak zwykle spuściła wzrok, aby go nie drażnić. Ten stanął naprzeciw niej, ubrany w sposób, który zaintrygował ją bez reszty. “Co się kurwa dzieje?” – pomyślała. Jej Pan miał na sobie świeży garnitur, wypastowane na wysoki połysk buty, wyglądał jak prezydent podczas orędzia.
– Przebierz się, nie możesz być tutaj ubrana jak dziwka. Ubierz się z szacunkiem i uznaniem.
– Tak jest, Panie – odpowiedziała ukłuta jego stwierdzeniem, zwykle nie przeszkadzał mu jej ubiór, daleki od ubioru dziwek. Sukienka do kolan, lekki dekolt, sportowe buty i pełen komplet bielizny, skromny make up.
– Czekam.
– Tak jest, Panie, już biegnę.
– I szanuj mój czas.
Biegiem wpadła do swojej sypialni (Pan nie pozwalał jej codzienne sypiać u siebie, nawet na dywanie) wyjęła z garderoby elegancki żakiet, spódnicę do kostek, rajstopy, czarny komplet bielizny, po czym z rozmysłem zrezygnowała z majtek. “Wal się” pomyślała i uśmiechnęła się pod nosem. Uczesała się starannie, poprawiła makijaż, założyła czarne szpilki i pobiegła z wprawą do swojego Pana.
Widząc jego sylwetkę z daleka zaczęła żałować swojego małego braku w ubraniu. Ale było już zbyt późno, nie chciała go rozgniewać opóźnieniem.
Zlustrował ja spojrzeniem i kiwnął głową mrużąc oczy z aprobatą. Uśmiechnęła się lekko, dumna z siebie.
Nagle, w ułamku sekundy piorunujący i przeszywający wzrok Pana spowodował zachwianie równowagi
– Czy chciałabyś coś powiedzieć?
– N-nie Panie – wyszeptała.
Patrzył na nią swoim palącym wzrokiem, a ona skręcała się w środku i czuła jak zbiera się na płacz.
– Jesteś pewna?
– P-Panie, ja, ja nie mam… Nie zdążyłam, znaczy zdążyłam ale nie mam…
– Wiem to.
– Łzy napłynęły jej do oczu, przepraszam… – wyszeptała
– Czekam, idź i popraw się. Nie igraj z ogniem. Zwłaszcza dzisiaj.
Pobiegła z powrotem do sypialni wściekła na siebie za głupi pomysł zadrwienia z Pana. Kurwa, będzie kara, kurwa, kuuurwa już dwa dni bez kary było. Myślała i karciła się w głowie.
W końcu, gotowa, stanęła przed Panem, czekając aż jego ręka sprawdzi czy naprawiła swój błąd.
– Poprawione? – spytał.
– Tak, Panie – intuicyjnie zaczęła wypychać biodra w przód, byłaby ułatwić Panu zadanie. Czuła dreszcz i dobrze znane uczucie pańskiej ręki na swoim podbrzuszu, nic takiego się nie stało.
– Popraw żakiet, założyłaś go niedbale jak jakiś menel na ślubie siostry.
– Przepraszam, Panie, nie chciałam… to wszystko… tak szybko.
– Już 22, wtorek – przerwał jej bezceremonialnie – czas na twoją lekcję mentalu – powiedział – akurat jest okazja, może uda się Tobie coś zrozumieć, żebyś przemyślała ten ostatni fatalny tydzień, którym jestem rozczarowany i zażenowany.
Węgle, rozżarzone węgle zaciśnięte w dłoni są przyjemniejsze niż Jego ton, kiedy ją karci…
Otworzył drzwi kluczem i weszli do ogrodu zimowego. Widok zaparł jej dech w piersiach. Stało tam około dziesięciu drzewek bonsai, każde w innej właściwie dobranej doniczce, z idealnie dobraną grą świateł. Każde drzewko specjalnie oświetlone strumieniem wielokolorowego światła, osadzone w ręcznie robionej doniczce na specjalnej drewnianej podstawce tworzyło dzieło sztuki, które napełniało umysł spokojem, dostojnością i odczuciem kontaktu z czymś wyższym, wyjątkowym. Zapierało dech w piersiach i onieśmielało.
Otworzyła usta
– Panie, to je…
Władczo podniósł palec w górę aby zamilkła.
– Nic nie mów, i tak nie jesteś w stanie użyć odpowiednich słów. A one słyszą, to żywe rośliny, nie chiński plastik…
Nawiązanie do awantury sprzed tygodnia zakuło ją bardzo boleśnie, dużo bardziej niż drwina z jej prostego sposobu bycia i wysławiania. Zwłaszcza, że po odbytej karze myślała, że temat już został zamknięty.
Ale jednocześnie w pełni zrozumiała jego wymagania dotyczące stroju i powagi, czuła się idiotycznie na myśl o swojej niesubordynacji i niezałożeniu majtek. Chyba to właśnie było najbardziej bolesne. “Gówniaro, co ty masz w mózgu” – pomyślała oszołomiona grą świateł i widokiem żywych dzieł sztuki wokół.
Chwycił ją swoim władczym uchwytem za rękę i zaprowadził co centralnie wyeksponowanego drzewka. Był to niebieskolistny Klon, pięknie rosnący z rozłożystą koroną i starannie utrzymanymi gałęziami. “Kurwa, zupełnie jakby zmniejszył prawdziwe, ogromne drzewo, co on Gandalf czy jak” – pomyślała całkowicie zachwycona i pochłonięta niesamowitym widokiem.
– To klon amerykański, niebieskolistny, wychodowany przeze mnie od nasiona 31 lat i 174 dni temu – powiedział.
Znów poczuła wstyd za swoje drwiące myśli sprzed chwili. “31 lat pielęgnowania i układania drzewa, przycinania, i dbania?, ja pierdole, nic o Nim nie wiem” – pomyślała.
– Na około tysiąc nasion wyrasta jedno drzewo. Jeden na tysiąc – powtórzył twardym, dumnym tonem. – Ze stu, które wyrosną pierwszy rok przeżywają 3 sztuki. To drzewo na wolnym rynku warte jest mniej więcej tyle, co mój Aston Martin, ale dla mnie nie ma ceny. Jest poza światem opartym na handlu, poza świecidełkami dla gawiedzi, Rozumiesz?
– Niesamowite wyszeptała, prawdziwie przejęta.
Położył rękę na jej plecach, tuż pod łopatką zmuszając do podejścia bliżej i przyjrzenia się roślinie.
– Spójrz, jego liście lekko wygięły się ku dołowi. On wie.
– Co wie, Panie? spytała nieśmiało
– Wie, że ja wiem. O jego decyzji. O jego wyborze.
– Jakim wyborze, Panie?
Skierował jej głowę w stronę korony, było dla niej całkowicie normalne, że jego ręce kierowały jej ciałem jak lalką. Umiał robić to w taki sposób, że sama poddawała się naciskowi. A nauczona doświadczeniem nigdy nie stawiała oporu i poddawała się jego woli, ufając mu.
– Spójrz, tutaj, pod koroną. – Wskazał ledwo widoczną, bulwiastą narośl schowaną na gałązce z tyłu drzewa, całkowicie niewidoczną podczas patrzenia na nie.
– Tyle lat dbania, kształtowania, tyle troski. A on postanowił iść własną drogą i mieć swój pomysł na siebie – powiedział tępym głosem, który dobrze znała i dreszcz przerażenia przeszedł jej po plecach, od palców u nóg po czubek głowy. – Jakby mała myśl… – kontynuował – czająca się z tyłu głowy i czekająca na swój moment, aby wykiełkować i zawładnąć umysłem….
Stała sparaliżowana, bała się odezwać. Gonitwa myśli rozpoczęła swój szalony taniec “jest zły, wściekły, jeszcze ten głupi pomysł z majtkami, kurwa głupia dupo będzie bardzo źle, oberwę za to wszystko” myślała przerażona, nogi miała jak z waty, a pot zaczął pokazywać się na czole.
– Przygotuj samochód, czarnego Benza, tego cabrio. Jedziemy pożegnać mojego przyjaciela.
Powietrze nagle zeszło z niej, uspokojona poszła do drugiej części domu, pod którą znajdował się kilkustanowiskowy garaż. Pan miał małą kolekcję samochodów, których używał na specjalne okazje. Czarny Mercedes cabrio oznaczał, że będzie to sentymentalna wycieczka.
Nie wolno jej było jej prowokować go w tym aucie, chociaż idealnie nadawało się do małych igraszek bez stanika lub majtek…
– Gotowe? – zapytał, czym wyrwał ją z zamyślenia. W jednej ręce trzymał łopatę, a drugiej doniczkę z bonsai. Chowając je do bagażnika podszedł do drzwi od strony pasażera.
– Tak, Panie – powiedziała zdziwiona. – Czy..
– Prowadź, buzia na kłódkę.
Poczuła falę ekscytacji, bo nigdy nie wolno jej było prowadzić tych specjalnych samochodów jej Pana, a wszystkie były wyjątkowe i samo trzymanie rąk na kierownicy przepełniało ją luksusem i podnieceniem. Włączyła zapłon, silnik zawarczał z hukiem. Bała się cokolwiek zrobić, czekając na jego rozkazy.
– Mam postawić “elkę” na dachu i udzielać instrukcji? Dziś nie jest dzień na denerwowanie swojego Pana, ostrzegam. – Wprowadził w nawigację trasę.
Struchlała i trzęsącymi rękoma wrzuciła bieg dodając gazu. Auto ruszyło dostojnie i niesamowicie lekko, wibracja pochodząca od potężnego silnika była niesamowicie przyjemna i zmysłowa – nie było to nic nowego, była przyzwyczajona do szybkich sportowych pojazdów swojego Pana, sama otrzymała piękne czerwone Porsche, ale ten był wyjątkowy.
Bała się, dławiła ją mieszanina dziwnych uczuć, strachu, zdziwienia i przede wszystkim zaniepokojona tonem i głosem swojego Pana. Nie mogła skupić się na prowadzeniu.
– Jeśli dalej będziemy jechać tym autem 40 na godzinę, to jego silnik się rozpadnie. Albo wstanie, wyjdzie spod maski i nam wpierdoli. Jest stworzony do latania ponad asfaltem – powiedział drwiąco.
– Przepraszam – przyspieszyła patrząc na nawigację.
Godzina do celu. “Nie dam rady” – pomyślała, nogi trzęsły się jej z przerażenia spowodowanego mistycyzmem całej sytuacji. Prowadzenie takiego potwora nie było wcale stresujące, przygniatała ją jej własna gonitwa myśli. “Jaka lekcja, jaki mental, on jest zbyt wyrafinowany dla mnie, nie rozumiem go coraz częściej, co to ma wspólnego ze mną?”
Pan otworzył dach, wyjął ze schowka kryształową szklankę i butelkę whiskey. Widziała kątem oka co to za whiskey, to taka, którą milionerzy piją małymi łykami, żeby butelka starczyła przynajmniej na rok.
– Daruj moją samolubność, ale wiesz, prowadzisz…
Nauczona doświadczeniem nie odezwała się słowem.
Tymczasem Pan nalał sobie pełną szklankę i wypił łyk, krzywiąc się,
Ona maksymalnie skupiona na prowadzeniu potwora, cała spocona, z żołądkiem zaciśniętym strachem – co mechanicznie, przez wiele sesji BDSM przyzwyczaiło jej ciało do podniecenia się – czuła że zaczyna się gra i mrowienie między nogami zaczęło dokładać swoją cegiełkę do jej ogólnie dziwnego nastroju.
Nagle, z ogromnym zdziwieniem zauważyła, że Pan wyciąga papierosa ze srebrnej papierośnicy schowanej dotychczas w marynarce.
– Panie, ty… – Zapomniała się i odezwała, całkowicie zaskoczona tym postepowaniem. Przecież on nie pali…
Dobrze, wręcz mechanicznie pamiętała jak jej Pan, kilka lat temu stanowczo i jednoznacznie, batem, poprzez tęgi ból jej całego ciała oduczył ją palenia. Pamiętała jego słowa, wycedzone wtedy przez zęby, kiedy wisiała podwieszona za ręce związane u sufitu, a jej okładane bezlitośnie ciało straciło już wszelką kontrolę i nadzieję na koniec cierpienia. “Nie toleruję tej słabości, tego ohydnego nałogu, Moja własność nie ma prawa śmierdzieć jak brudas spod żabki. Zabraniam.” – pamiętała każde słowo i każdy szczegół. Tak jak pamiętał to każdy kawałek jej ciała, które wzdrygnięciem przypomina o tym za każdym razem na widok papierosa.
– Co, naskarżysz moim rodzicom, spytał drwiąco. – Dalej nie odzywał się spokojnie paląc i popijając whiskey.
W końcu dojechali na miejsce. Chciała otworzyć bagażnik i posłusznie wypakować jego zawartość, ale powstrzymał ją stanowczo.
– Nie dotykaj, patrz i bądź cicho – powiedział już lekko wstawiony, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Wziął łopatę, doniczkę z drzewkiem i zaczął schodzić wąską ścieżką pośród pagórkowatego, sosnowego lasu.
– Świeć mi, przydaj się na coś.
– Tak jest, Panie.
Posłusznie włączyła latarkę. Szli około pół godziny, co było niełatwe, ponieważ sparaliżowana całą sytuacją kuliła się w sobie, a dodatkowo szła w wysokich szpilkach.
W końcu doszli do ładnej polany, nieco wystającej z lasu, z cicho szumiącym strumykiem na jej skraju.
– To tutaj – powiedział i zaczął kopać nieduży dół.
Stała zamurowana rozumiejąc w końcu co się dzieje. “Czyli będziemy sadzić to dziwne drzewo. W nocy, on pijany, ja w szpilkach, drzewo za fortunę, auto za fortunę, zamiast sprzedać posadzi, kurwa nie ogarniam jego umysłu” – pomyślała. Jednocześnie całe napięcie opadło i poczuła że wraca do normalnego stanu, poczuła zmęczenie, a nawet zażenowanie całą sytuacją. “Lekcja? lekcja czego? sadzenia roślin?, co to ma być?”
– Gotowe, żegnaj przyjacielu – powiedział, posadziwszy roślinę. Wkuł w ziemię aplikator do wody. – Musi mieć nawodnienie, aby korzenie nie przeżyły szoku w nowym miejscu – wyjaśnił.
– Oczywiście – powiedziała, nie ukrywając drwiny w głosie.
Odwrócił się do niej spokojnie, cała sytuacja była jak pogrzeb kogoś bliskiego, “Ale kurwa dla rośliny? może i wartej fortunę, ale bez przesady” – myślała i wszystko zaczęła ją naprawdę śmieszyć. Chwycił ją wsadzając palec za bluzkę pod żakietem, tuż pod szyją. Znała ten władczy gest.
Pociągnął ją na skraj polany tuż obok strumyka, w blasku pełnego księżyca całość wyglądała mistycznie.
– Wiem, że nic nie rozumiesz, ale to ważne aby posadzić roślinę w pełni księżyca, wtedy lepiej się zaadoptuje do nowych warunków. Myślę, że będzie mu się tutaj podobać – powiedział podziwiając widok na górską dolinę poniżej.
– Tak, Panie – posłusznie, mechanicznie słowa padły z jej usta.
Bardziej nauczonych niż podążających za biegiem zdarzeń, które ją już nudziły i śmieszyły, ale nie chciała dać tego po sobie poznać, wiedziała że już sobie przeskrobała wcześniejszą akcją z ubieraniem.
Nagle poczuła jakąś zmianę. Powietrze wokół niego zgęstniało, a jej instynkt podpowiadał jej, że zaczyna się dziać coś niedobrego.
Zaczął mówić stanowczym tonem przepełnionym wściekłością, agresją, arogancją i żalem:
– Ponad trzydzieści jeden lat, ponad jedenaście tysięcy. Jedenaście tysięcy czterysta osiemdziesiąt dziewięć dni dbania i troski. Jeden na tysiąc, trzy na sto. Jego głos, zelektryzował ją w ułamku sekundy.
Spojrzał na nią, znała ten wzrok – znała to napięcie skóry wokół oczu, wiedziała jak potrafi przepalić na wylot. Dokładnie czuła jak jego serce właśnie w tej chwili zaczęło pompować dziką furię, która zamiast krwi wypełniła jego żyły, znała ten moment, znała go aż zbyt dobrze.
– Panie, ja nie mia..
Podniósł brew i to wystarczyło, aby zamilkła
– Tyle lat, tyle pracy, tyle wysiłku, mój prywatny czas, czas który mogłem poświęcić na coś innego – mówił dalej, tonem, który usadzał w miejscu, hipnotyzował i wypełniał strachem.
Prawdziwym strachem, a ona czuła już fizyczny ból w rozgrzanym ciele. Skronie pulsowały a reszta ciała trzęsła się ze strachu. “Kurwa, zabije mnie za te majtki” –pomyślała. “Przez ten pieprzony krzak mnie się oberwie”. Tymczasem, on kontynuował:
– Poświęcić na coś innego, a nie zmarnować, a on kurwa będzie miał swoje pomysły na siebie?
Cała dygotała zalana łzami ze stresu
– I teraz każdy śmieć będzie mógł sobie tu przyjść i oglądać MOJE drzewo? Każda pierdoła będzie korzystała z mojej pracy, z mojego poświęcenia?
– Panie błagam! – Padła na kolana.
Kontynuował nie zważając na jej panikę:
– Czy zostałem właśnie sprowadzony do roli darmowego ogrodnika, społecznika, dbającego o dobro ogólne? Ja, kurwa? JA ogrodnikiem dla plebsu? – Ostatnie słowa cedził przez zaciśnięte zęby.
Świat wokół niej wirował. Zamilkł, zapalił papierosa. Stał władczo i palił, a ona czuła jak jego tkanki zmieniają się w stal, jego krew gotuje się w nim, oczy zastygają w tępej wściekłości – znała to bardzo dobrze, za dobrze. Poza oddychaniem bała się poruszyć, klęczała w nadziei, że przebłaga go choć trochę.
Znała jego racjonalizm i wiedziała, że jak komputer przeanalizuje wszelkie możliwe rozwiązania i wyjścia z sytuacji – zrozumiała, że tego się właśnie bała – nie było miejsca na błędy.
Mijały minuty, dopalał kolejnego papierosa, a jego sylwetka jakby złagodniała, odwrócił się z niesamowitą gracją, nad wyraz spokojny, ale niesamowicie wściekłe oczy kontrastowały ze spokojem jego ciała i naturalnymi dla niego gentelmeńskimi manierami.
Podszedł powoli do posadzonego chwilę temu drzewka, spokojnie wyjął z kieszeni sekator i obciął je przy nasadzie.
Obcięte drzewko przewróciło się głucho na ziemię. Dopalił papierosa, rzucił niedopałek na ziemię i zdeptał butem. Ona klęczała sparaliżowana strachem, drżąc zrozumiała wszystko.
– Koniec lekcji suko, wracamy do domu – powiedział.
Jak Ci się podobało?